03-04.02.17 pt, sob
Ostatni dzień w Bangkoku, ostatni dzień kolorowej bajki i
lata w środku zimy. Na samą myśl o polskiej aurze mamy gęsią skórę i początki
depresji. Pojawia się uczucie paniki, które staramy się zniwelować wizją
rychłej ucieczki w rejony świata, które pozwalają na normalne życie nie
kończące się na marzeniach pod warstwami kocy z kubkiem gorącej herbaty w ręce.
Mamy dość ciągłej walki z przeziębieniami w zalewie złych nowin z kraju i ze świata
czających się z każdej strony. Odpalamy kompa na stronie umożliwiającej jednym
kliknięciem zamieniać marzenia w real przeglądarka– sky skaner to nasz
podstawowy antydepresant.
Wychodzimy na ulice przed hotel. Próbujemy nasycić oczy obrazami.
Zebrać jak najwięcej w pamięci by każde zamknięcie oczu przywracało optymizm i
wiarę, że świat jest inny.
Pozostaje kupno kilku pamiątek dla bliskich. Przysiadamy w ulicznych restauracjach, wsłuchani w dźwięki ulicy. Niestety nie możemy w pełni korzystać z kulinarnej oferty. Z bólem serca wertujemy meanu z pokazanymi na zdjęciach potrawami. Po tygodniach szaleństw, żołądki odmówiły nam posłuszeństwa. Musieliśmy zaprzyjaźnić się z lokalnymi właścicielami aptek i podporządkować się ich wskazaniom dietetycznym.
Jednak w obliczu nieuchronnie zbliżającej się
szarej rzeczywistości ból ten traci na znaczeniu. W kawiarence internetowej
drukujemy karty pokładowe na powrót do kraju.
Zapada wieczór. Wracamy do hotelu pakować nasz dobytek. Jak zwykle w dniu wyjazdu jest tego więcej. Musimy dobrze przemyśleć jak się pomieścić w naszych plecakach by nic się nie zniszczyło. Tym razem mamy przecież dodatkowy ekwipunek (60m liny, ponad 30 karabinków, uprzęże, buty do wspinania itd.). Ostatecznie udaje się nawet nieźle. Masy plecaków: 21,5kg, 15kg i 2x6,5kg.
Zapada wieczór. Wracamy do hotelu pakować nasz dobytek. Jak zwykle w dniu wyjazdu jest tego więcej. Musimy dobrze przemyśleć jak się pomieścić w naszych plecakach by nic się nie zniszczyło. Tym razem mamy przecież dodatkowy ekwipunek (60m liny, ponad 30 karabinków, uprzęże, buty do wspinania itd.). Ostatecznie udaje się nawet nieźle. Masy plecaków: 21,5kg, 15kg i 2x6,5kg.
Przed 22:00 wychodzimy przed hotel i 20m dalej bierzemy
pierwszą z brzegu taksówkę. Za 600B (72zł) docieramy na lotnisko. Trafiliśmy na
bardzo poczciwego starszego taksówkarza. Ładujemy plecaki na wózek przed
terminalem i wjeżdżamy do środka.
Nadajemy bagaż, następnie tzw „security” czyli prześwietlanie
bagażu podręcznego i przejście przez bramki wykrywacza metali. Tym razem bramki
są bardziej zaawansowane. Należy wejść do okrągłej zamykanej kabiny i stanąć w oznaczonych
punktach z uniesionymi rękoma, a kabinę obiega skaner, który dokładnie nas
prześwietla. Kolejny punkt to kontrola paszportowa i pieczątka wyjazdowa. Tu
należy pamiętać o oddaniu wypełnionych formularzy wyjazdowych otrzymanych na
wjeździe.
Teraz szukamy na wyświetlaczach przypisanej do naszego lotu
bramki skąd będziemy wchodzić na pokład samolotu. Niestety do właściwej bramki
mamy jak zwykle daleko. Przejście setek korytarzy zajmuje trochę czasu. Po
drodze kupujemy kanapki i wodę. Mimo, że wchodząc na lotnisko mieliśmy prawie
trzy godziny czasu do odlotu. Stanie w kilku dość długich kolejkach, małe
zakupy i dojście do właściwej bramki trwa na tyle długo, że po dotarciu pod
bramkę zaczyna się za chwilę tzw. boarding czyli wejście na pokład.
Samolot niestety wygląda na dość stary i zapełniony na maksa.
Brak wolnych siedzeń. Lot do Kijowa ma nam zająć 11,5h. Jednak pora sprzyja
spaniu, więc mamy nadzieję, że czas minie szybko i bez przygód. Na fotelu każdy
znajduje oprócz koca, saszetkę z korkami do uszu i zasłonkami na oczy.
Start nie należy do przyjemnych. Samolotem trzęsie jak by
miał się rozpaść. Trochę to wygląda nie fajnie. Dobrze, że nie oglądałem
katastrof lotniczych ;)
Podczas lotu dostajemy kolację i śniadanie i choć nie ma
wyboru jedzenia jest dość smacznie. Lot faktycznie jest spokojny bez silnych
turbulencji i niepokojących dźwięków z silnika.
Nad Kijowem wita nas świt.
Przez okna ziemię zakrywa gruba warstwa chmur. Zniżamy lot i zagłębiamy się w
niebyt. Definitywnie żegnamy słońce. Za oknami nieprzenikniona ciemna szarość i
zero widoczności. W pewnym momencie czujemy dosłownie muśnięcie kół o pas
startowy. Brawo pilot tak miękkiego lądowania jeszcze nie przeżyliśmy i to w
jakich warunkach. Chyba, że uderzenie zamortyzowała zaspa śniegu. Za oknami z
przerażeniem oglądamy pełnię zimy - wszędzie śnieg.
Samolot kołuje chyba z
15min. z niemałą prędkością po prostej. Z niepokojem patrzymy po sobie. Wygląda
jakbyśmy jechali na wycieczkę do centrum. Trochę się martwię czy wysiądziemy na
pewno przez rękaw wprost do terminala. Wymsknęło mi się wyraziłem wątpliwość
zbyt głośno. Oberwało mi się - Aurelia nie ma wątpliwości, że nie ma innej
możliwości. Zaczęło się wysiadanie. Mamy miejsca w końcowej części. Wszyscy
grzecznie czekają aż tłum zacznie się przemieszczać. W końcu ukazują się
otwarte drzwi i choć trudno w to uwierzyć schodzimy po schodach bezpośrednio na
płytę lotniska. Pierwszy podmuch mroźnego powietrza przepędza resztki senności.
Polar na krótkim rękawku i brak czapki oraz przeskok z 30 stopniowych upałów
boli. Z ostatniego stopnia wpadamy w śnieg do kostek, a raczej to co z niego
zostało po przdeptaniu przez poprzedników czyli błoto pośniegowe na którym
dzięki chwili nieuwagi można wykonać świetny piruet. Z przykrością patrzymy na
ludzi w japonkach i krótkich spodenkach. Wsiadamy do autobusu, który kolejne
15min wiezie nas w kierunku przeciwnym do kołującego samolotu. Dziękujemy
Ukraińskim Linią za tą sympatyczną i jakże emocjonującą wycieczkę! ;)
Mamy 2h na przesiadkę na lot do Warszawy. Spoko, dużo czasu
można pomyśleć. No ale tak dobrze może i bywa, ale nie tu. Tu wszyscy pokornie
ustawiają się w kolejce do jednego stanowiska, na którym znów prześwietlają
bagaż i nas. Stanowisko jest jedno, a pasażerów prawie 300. Następnie jak
zwykle setki metrów do właściwej bramki i zamiast dłużącego się czasu za chwilę
kolejny boarding ;)
Lot zdecydowanie mniejszym, ale dużo nowszym samolotem do
Polski mija w imprezowej atmosferze zapewnianej
przez popijający piwo wesołych Ukraińców wracających zapewne do pracy do
Warszawy.
dworzec w Warszawie mózgi nam zamarzają








O! Mitsuoka Viewt!
OdpowiedzUsuńdziękujemy za info bo nie mogliśmy odnaleźć ani odgadnąć co to pojazd :)
OdpowiedzUsuńJapończycy mają dużo dziwnych, nie znanych u nas samochodów. Zobaczcie np. Nissany: S-cargo, Pao, Figaro, albo Daihatsu Copen. Z terenowych podoba mi się Isuzu Vehicross, a Toyotę FJ Cruiser chciałbym bardzo :-)
UsuńŚwietna ciekawa relacja, piękne widoki, interesujące miejsca i smaczne jedzenie, czytając każdy wasz wpis czułam się prawie jak w podróży. Szkoda że wakacje szybko mijają ale napewno czekają was następne. Ale gdzie tym razem?:-)
OdpowiedzUsuńNiestety na razie realia Polskie może jesienią pojedziemy w skały gdzieś w Europie :)
OdpowiedzUsuń