niedziela, 5 lutego 2017

powrót



03-04.02.17 pt, sob
Ostatni dzień w Bangkoku, ostatni dzień kolorowej bajki i lata w środku zimy. Na samą myśl o polskiej aurze mamy gęsią skórę i początki depresji. Pojawia się uczucie paniki, które staramy się zniwelować wizją rychłej ucieczki w rejony świata, które pozwalają na normalne życie nie kończące się na marzeniach pod warstwami kocy z kubkiem gorącej herbaty w ręce. Mamy dość ciągłej walki z przeziębieniami w zalewie złych nowin z kraju i ze świata czających się z każdej strony. Odpalamy kompa na stronie umożliwiającej jednym kliknięciem zamieniać marzenia w real przeglądarka– sky skaner to nasz podstawowy antydepresant.
Wychodzimy na ulice przed hotel. Próbujemy nasycić oczy obrazami. Zebrać jak najwięcej w pamięci by każde zamknięcie oczu przywracało optymizm i wiarę, że świat jest inny. 


Pozostaje kupno kilku pamiątek dla bliskich. Przysiadamy w ulicznych restauracjach, wsłuchani w dźwięki ulicy. Niestety nie możemy w pełni korzystać z kulinarnej oferty. Z bólem serca wertujemy meanu z pokazanymi na zdjęciach potrawami. Po tygodniach szaleństw, żołądki odmówiły nam posłuszeństwa. Musieliśmy zaprzyjaźnić się z lokalnymi właścicielami aptek i podporządkować się ich wskazaniom dietetycznym.

 Jednak w obliczu nieuchronnie zbliżającej się szarej rzeczywistości ból ten traci na znaczeniu. W kawiarence internetowej drukujemy karty pokładowe na powrót do kraju.
Zapada wieczór. Wracamy do hotelu pakować nasz dobytek. Jak zwykle w dniu wyjazdu jest tego więcej. Musimy dobrze przemyśleć jak się pomieścić w naszych plecakach by nic się nie zniszczyło. Tym razem mamy przecież dodatkowy ekwipunek (60m liny, ponad 30 karabinków, uprzęże, buty do wspinania itd.). Ostatecznie udaje się nawet nieźle. Masy plecaków: 21,5kg, 15kg i 2x6,5kg.
Przed 22:00 wychodzimy przed hotel i 20m dalej bierzemy pierwszą z brzegu taksówkę. Za 600B (72zł) docieramy na lotnisko. Trafiliśmy na bardzo poczciwego starszego taksówkarza. Ładujemy plecaki na wózek przed terminalem i wjeżdżamy do środka.
Nadajemy bagaż, następnie tzw „security” czyli prześwietlanie bagażu podręcznego i przejście przez bramki wykrywacza metali. Tym razem bramki są bardziej zaawansowane. Należy wejść do okrągłej  zamykanej kabiny i stanąć w oznaczonych punktach z uniesionymi rękoma, a kabinę obiega skaner, który dokładnie nas prześwietla. Kolejny punkt to kontrola paszportowa i pieczątka wyjazdowa. Tu należy pamiętać o oddaniu wypełnionych formularzy wyjazdowych otrzymanych na wjeździe.
Teraz szukamy na wyświetlaczach przypisanej do naszego lotu bramki skąd będziemy wchodzić na pokład samolotu. Niestety do właściwej bramki mamy jak zwykle daleko. Przejście setek korytarzy zajmuje trochę czasu. Po drodze kupujemy kanapki i wodę. Mimo, że wchodząc na lotnisko mieliśmy prawie trzy godziny czasu do odlotu. Stanie w kilku dość długich kolejkach, małe zakupy i dojście do właściwej bramki trwa na tyle długo, że po dotarciu pod bramkę zaczyna się za chwilę tzw. boarding czyli wejście na pokład.
Samolot niestety wygląda na dość stary i zapełniony na maksa. Brak wolnych siedzeń. Lot do Kijowa ma nam zająć 11,5h. Jednak pora sprzyja spaniu, więc mamy nadzieję, że czas minie szybko i bez przygód. Na fotelu każdy znajduje oprócz koca, saszetkę z korkami do uszu i zasłonkami na oczy.
Start nie należy do przyjemnych. Samolotem trzęsie jak by miał się rozpaść. Trochę to wygląda nie fajnie. Dobrze, że nie oglądałem katastrof lotniczych ;)
Podczas lotu dostajemy kolację i śniadanie i choć nie ma wyboru jedzenia jest dość smacznie. Lot faktycznie jest spokojny bez silnych turbulencji i niepokojących dźwięków z silnika.

 Nad Kijowem wita nas świt. Przez okna ziemię zakrywa gruba warstwa chmur. Zniżamy lot i zagłębiamy się w niebyt. Definitywnie żegnamy słońce. Za oknami nieprzenikniona ciemna szarość i zero widoczności. W pewnym momencie czujemy dosłownie muśnięcie kół o pas startowy. Brawo pilot tak miękkiego lądowania jeszcze nie przeżyliśmy i to w jakich warunkach. Chyba, że uderzenie zamortyzowała zaspa śniegu. Za oknami z przerażeniem oglądamy pełnię zimy - wszędzie śnieg. 

Samolot kołuje chyba z 15min. z niemałą prędkością po prostej. Z niepokojem patrzymy po sobie. Wygląda jakbyśmy jechali na wycieczkę do centrum. Trochę się martwię czy wysiądziemy na pewno przez rękaw wprost do terminala. Wymsknęło mi się wyraziłem wątpliwość zbyt głośno. Oberwało mi się - Aurelia nie ma wątpliwości, że nie ma innej możliwości. Zaczęło się wysiadanie. Mamy miejsca w końcowej części. Wszyscy grzecznie czekają aż tłum zacznie się przemieszczać. W końcu ukazują się otwarte drzwi i choć trudno w to uwierzyć schodzimy po schodach bezpośrednio na płytę lotniska. Pierwszy podmuch mroźnego powietrza przepędza resztki senności. Polar na krótkim rękawku i brak czapki oraz przeskok z 30 stopniowych upałów boli. Z ostatniego stopnia wpadamy w śnieg do kostek, a raczej to co z niego zostało po przdeptaniu przez poprzedników czyli błoto pośniegowe na którym dzięki chwili nieuwagi można wykonać świetny piruet. Z przykrością patrzymy na ludzi w japonkach i krótkich spodenkach. Wsiadamy do autobusu, który kolejne 15min wiezie nas w kierunku przeciwnym do kołującego samolotu. Dziękujemy Ukraińskim Linią za tą sympatyczną i jakże emocjonującą wycieczkę! ;)
Mamy 2h na przesiadkę na lot do Warszawy. Spoko, dużo czasu można pomyśleć. No ale tak dobrze może i bywa, ale nie tu. Tu wszyscy pokornie ustawiają się w kolejce do jednego stanowiska, na którym znów prześwietlają bagaż i nas. Stanowisko jest jedno, a pasażerów prawie 300. Następnie jak zwykle setki metrów do właściwej bramki i zamiast dłużącego się czasu za chwilę kolejny boarding ;)
Lot zdecydowanie mniejszym, ale dużo nowszym samolotem do Polski mija w imprezowej atmosferze zapewnianej  przez popijający piwo wesołych Ukraińców wracających zapewne do pracy do Warszawy.




dworzec w Warszawie mózgi nam zamarzają

czwartek, 2 lutego 2017

Przejazd z Ton Sai – Krabi – Bangkok



 1.02.-2.02.17 śr-czw

 puszczam bloga poprzedniego wieczora jest ciężko z wi-fi hotelowym jedyne miejsce, gdzie jest jakiś zasięg

Rano jeszcze na Ton Sai idziemy na ostatnie śniadanie w stylu szwedzkim, następnie szybkie pakowanie i o 11.00 jesteśmy już gotowi do wymarszu z hotelu. Akurat dziś niebo zasłaniają chmury, to jakieś załamanie po nocnej burzy. W czasie marszu z plecakami do plaży czujemy przyjemny chłód. Może jest nawet poniżej 30 stopni ;). Podchodzimy do brzegu, gdzie zacumowane są łodzie. Stoi przy nich kilka osób i z daleka witają nas uśmiechami i uniesionymi z radości rękoma. Co to jakiś komitet pożegnalny... ? Ale zaraz też pada pełne nadziei pytanie - czy płyniemy do Ao-Nang, gdy potwierdzamy wszyscy są przeszczęśliwi, bo właśnie brakowało 2 osób do kompletu pasażerów. Pewnie musieli długo czekać. Od razu wsiadamy do łódki i wypływamy. Rano na szczęście nie ma odpływu, więc wejście na łódź, jest łatwiejsze. Nie trzeba pokonywać dziesiątek metrów kamienistego dna po kostki w wodzie.



 W drodze do Ao-Nang dopada nas ulewa. Niestety daszek naszej łodzi nie zakrywa wszystkich pasażerów. Obejmuje tylko kawałek naszych pleców. Zacinający deszcz oraz rozbryzgujące fale walą w nas wodą. W pośpiechu wygrzebujemy z plecaka foliową pelerynę i chowamy się przed strugami wody. Przez okulary i tak ledwo widzę świat. 


Zanim dotarliśmy do brzegu było już po deszczu. Cena biletu 100 Bth/1os – 12 zł. Wysiadamy na plaży, bierzemy swoje pakunki i idziemy szukać transportu do Krabi. Okazuje się, że co 15min jedzie tzw. songweth czyli taki większy pickup, który ma zadaszoną pakę z ławkami. Z boku pojazdu jest wypisana informacja na jakiej trasie jeżdżą (cena biletu 50 Bth/1os – 6zł). Początkowo jedziemy komfortowo w 4 osoby, ale samochód przystaje co paręset metrów, trąbiąc i przyciągając nowych pasażerów. Gdy było nas 10 z walizkami zapanował niezły ścisk, a tu jeszcze kolejna czwórka. Kierowca podbiega od tyłu pojazdu i wymachiwaniem rąk wskazuje, że mamy się jeszcze bardziej ścieśnić. Teraz to już przysłowiowe śledzie w puszce mają lepiej. Jeden facet jedzie uczepiony na zewnątrz! , dwójkę wpakował do kabiny, wymieniając chudą dziewczynkę na roślejszego gościa, a część bagażu idzie na dach. Aurelia trzyma się plecaka by za mocno nie wtulać się w panią po prawej. Mi paraliżuje wygiętą rękę, bo to jedyna komfortowa pozycja jaką początkowo znalazłem. Jedziemy tak dobre pół godziny do centrum Krabi Town. Wreszcie z ulgą wysiadamy i kierujemy się do hotelu Krabi Orchid Hotel, który usytuowany jest tuż przy popularnym night Markecie. 


Chyba największej atrakcji miasteczka.  Za pokój bez okna płacimy 700Bth – 84zł. Po krótkim odpoczynku udajemy się na rekonesans miasta.





 Drugie podejście robimy pod wieczór kiedy jest już otwarty night Market. Wybór jedzenia jest dość duży. My w pierwszej kolejności rzucamy się na sushi 10Bth – 1,20zł jedna porcja.


 Dookoła targowiska rozstawione są stoliki, niestety jest ich za mało,  pozostaje nam murek nad rynsztokiem – na szczęście pustym. 




Kawałeczek za straganami rozstawiona jest duża scena, gdzie grają jacyś miejscowi artyści. 


W sumie jest tak głośno, że pod sceną gadać się nie da, wytrzymać za długo też.


Próbujemy jeszcze gyrosa z kurczakiem za 50BTh- 6zł. 


Pijemy kokosa 40 Bth – 4,80zł i powoli zwijamy się do hotelu. Jutro mamy wczesną pobudkę, taksi zamówiliśmy na 6.30 w hotelu koszt 400Bth-48zł.
Rano wyszliśmy trochę wcześniej przed hotel. Z obsługi nikogo jeszcze nie ma. Czekamy na naszą taksi niestety jej też nie ma. W końcu obsługa się pojawiła, ale taxi nadal nie. Po monicie facet gdzieś zaczął wydzwaniać czas leciał. O 6.45 nagle z zewnątrz wpada jakiś facet, jak się okazuje to taxi driver spał w nieoznakowanym samochodzie przed hotelem. W ciągu 20 min docieramy do lotniska, odprawa i lot przebiegają bardzo sprawnie, po 10.00 jesteśmy już w Bangkoku. Bierzemy taksi i jedziemy na ul. Soi Rambuttri do naszego hotelu Sawasdee Inn – noc 850 Bth- 102zł. Szybka toaleta i na miasto. Jedną z pierwszych rzeczy, która została zapisana w grafiku jest wizyta Rafała u fryzjera. Nie mogę już patrzeć na jego czuprynę. Ścięcie, mycie głowy, masaż oraz modelowanie fryzury – koszt 250Bth -30zł.


 Resztę dnia spędzamy głównie na zakupach. Jutro ostatni dzień w Tajlandii.


wtorek, 31 stycznia 2017

Ton Sai – czas chińskiej okupacji



27.01-01.02.17 pt-śr
Rano zaraz po śniadaniu check-out-ujemy się z naszego super hotelu i w ciągu 15 min dochodzimy do portu. Czasu jest jeszcze dużo, bo ruszamy o 10.00, a tu dopiero po 9.00. Jednak jak się okazało nasz statek już stoi. Sprawdzają nam bilety i dają małe naklejki do naklejenia na koszulce z miejscem docelowym. Przy wejściu na statek oddajemy bagaże, które składane są na pokładzie w wielką górę i idziemy zając miejsca w klimatyzowanej kabinie. Jesteśmy jednymi z pierwszych pasażerów, więc siedzimy sobie wygodnie na trzech miejscach. 

Bilet, który zakupiliśmy jest łączoną opcją i za 350 Bth (42zł/os) mają nas dowieść do Ao – Nang. 


 Trasa przebiega spokojnie. Dopływamy do Krabi Town, skąd busem mamy być dowiezieni do Ao Nang. Najpierw przeżywamy horror z bagażami wsiadaliśmy jako jedni z pierwszych. Nasze bagaże leżą pod wielka górą bagaży kilku setek pasażerów, musimy czekać.  Zaczyna się walka, ludzie starają się wywlekać swoje bagaże z tej wielkiej sterty. Po 10 minutach ktoś wydobywa mój plecak z którym od razu schodzę na ląd. Rafał biedny szuka swojego plecaka następne 10 minut. Cały czas nic. Zaczynam się zastanawiać czy ktoś go nie zabrał. Nikt nie pilnuje rozładunku bagaży, w żaden sposób nie były one oznakowane. W końcu jest, Rafał schodzi ze statku prawie ostatni. Idziemy szybko wyznaczoną trasą na zewnątrz portu. Pytamy o transport do Ao-Nang. Każą nam wyjść na zewnątrz. Na zewnątrz stoi co najmniej ze 100 zdezorientowanych osób. Każdy pyta o swój kierunek. Co chwilę podjeżdżają jakieś busy i zabierają ludzi, ale nie do Ao-Nang. Spędzamy w tym miejscu dobrą godzinę w pełnym słońcu co chwilę podbiegając w nadziei do podjeżdżających busów. Na koniec zostało ok. 20 osób. Rozparcelowali nas na 2 busy i pojechaliśmy do Ao – Nang. Jechaliśmy jakiś kwadrans. Kierowca wysadził nas przy plaży gdzie stoją małe łodzie silnikowe tzw. taxi-boat. Stąd czeka nas kolejna przeprawa łódką na plażę Tonsai. Miejsce naszego kolejnego kilkudniowego pobytu. Kupiliśmy bilety 100Bth (12zł/os) i poszliśmy w kierunku plaży, jakiś facet spojrzał tylko na nasze bilety i zaraz kazał nam iść do łodzi, która oczywiście była w wodzie. Nie ma żadnego pomostu, a wody jest co najmniej po kolana. Wsiada się po śliskiej drabince na kołyszącą się łódź. Z ciężkim plecakiem jest to cholernie trudne. Udaje się nam jakoś wewlec. My będziemy wysiadać pierwsi, reszta ludzi płynie na Railay Beach. Powoli dopływamy do Tonsai Beach niestety jest odpływ, więc łódź wysadza nas daleko od brzegu. Problem polega na tym, że tutaj dno jest bardzo kamieniste. Plecaki nas doginają, idzie się bardzo ciężko na boso. W końcu wody jest trochę mniej staramy się założyć nasze buty choć na gołą stopę byle by już nie trzeba było iść po tym wrednym dnie. Z plaży od razu kierujemy się do naszego resortu Dream Vallay Resort, zabukowaliśmy w nim 2 noce po ostatnich doświadczeniach z Phi Phi wolimy być ostrożni. Obsługa zaprowadza nas do pokoju, jest super duża przestrzeń czysto, żadnego zapachu pleśni. Piękny przestronny pokój. Wielkie wygodne łóżko. Do pokoju wchodzimy przez jedną z przeszklonych ścian wprost z nad basenu otoczonego przez piękny i zadbany park.




Jedynym mankamentem jest brak prądu na półwyspie między 11.00 a 16.00, ale nic to kąpiemy się w zimnej wodzie a następnie idziemy coś zjeść. Pokój na tyle przypadł nam do gustu, że bookujemy go na cały nasz 5-dniowy pobyt na Ton Saiu (1900Bth-228zł).
Tego dnia idziemy od razu na plażę zobaczyć te słynne skały. Rzeczywiście są przepiękne.

 droga na plażę










 Gorzej wygląda kwestia brzegu morskiego, odpływ odsłania mnóstwo skał i kamieni na dnie. O kąpieli można zapomnieć. 


Następnego dnia rano udajemy się na hotelowe śniadanie i tu jakie miłe zaskoczenie zastajemy szwedki stół. Wybór jest dość duży, serwis śniadaniowy przypomina ten z Polski. Jedzenia jest b. dużo, można jeść do woli co się chce. Po śniadaniu postanowiliśmy dotrzeć do Railay w celu kupna przewodnika wspinaczkowego. Na Railay jest również sporo wspinania więc zabieramy ze sobą cały sprzęt. Postanowiliśmy dotrzeć tam ścieżką przez dżunglę. Istnieje taka możliwość chcemy sprawdzić jak ta droga wygląda. Początkowo mijamy różnego typu bungalowy o coraz gorszym standardzie. Na sam widok niektórych mamy wizję grzyba i robactwa. Są to bambusowe chatki, które ma się wrażenie, że za chwilę się rozpadną. 


W dżungli robi się coraz ciemniej i coraz bardziej dziko trzy osoby wyminęły nas, a my powoli wędrowaliśmy drogą pod górę.





 Co chwilę mijaliśmy pajęcze sieci, trzeba było bardzo uważać żeby w którąś nie wpaść. Atakowały nas roje komarów, a końca drogi nie widać, cały czas pod górę po błocie, wzdłuż jakiś kabli z prądem które b. często były na wysokości naszego pasa. Nie mając za bardzo wyjścia chwytaliśmy je w rękę i przechodziliśmy pod nimi. Po ok. 25 minutach totalnie zlani potem docieramy do Railay. Najpierw kierujemy się do sklepu wspinaczkowego King Climbers po najnowszy przewodnik z 2016r.( 500Bth- 60zł). Potem siadamy w jakieś jadłodajni na picie i jedzenie. Ja zamówiłam kokosa, a Rafał Thai Ice Tee. Pojedliśmy i ruszamy do Daimond Cave, gdzie widzieliśmy kursy wspinaczkowe, ale stwierdziliśmy, że coś dla nas będzie. I rzeczywiście 6b, 6a+, i 6a. Po kolei robimy jedną za drugą. Dobrze, że pod skałą byli ludzie, bo trudno zidentyfikować drogi na skale posługując się przewodnikiem. Zamieszczone tam rysunki pozostawiają wiele do życzenia. Niestety nie ma na skałach żadnych nazw dróg. Człowiek musi polegać na swojej intuicji. Mieliśmy nawet problemy z identyfikacją sektora. Ok. 15. Kończymy wspin i postanawiamy przejść na Ton Sai od strony morza jest odpływ więc powinno się udać. Mijamy mnóstwo ludzi w japonkach, więc chyba aż tak źle nie jest zaczynamy przedzieranie się, nadmieniam że mamy buty treningowe. Skały są b. śliskie, ale jakoś powoli skrobiemy się do przodu. 



W końcu dochodzimy do naszej plaży Tonsai i szczęśliwi wracamy do hotelu.
Następnego dnia zaraz po śniadaniu Rafał zaczął się źle czuć najpierw się przespał, a po przebudzeniu zaczęły się regularne wymioty. Już dnia poprzedniego samopoczucie miał średnie. Domyśliliśmy się że to zapewne lód z Thai ice tee. Po południu udaliśmy się na całodobową pomoc pielęgniarską. Pani dała tabletki na przed i po jedzeniu i w razie co kazała wrócić jutro. Na szczęście tabletki pomogły, tak że dnia następnego byliśmy na plaży z rana i o dziwo można było się normalnie wykąpać w morzu. Nie było jeszcze odpływu. Natomiast pod wszystkimi dostępnymi ścianami stacjonowały grupy 20-40 osobowe chińczyków. Jedni coś jedli, drudzy się wspinali. Wszystkie drogi, które akurat z rana tutaj nad brzegiem morza są w cieniu były zajęte.


 Postanowiliśmy uderzyć na inne sektory zacienione po południu. Dowlekliśmy się jakoś pod nie, niestety tutaj sytuacja wyglądała podobnie wszędzie Chińczycy, wszystko pozajmowane. Byli świetnie zorganizowani. Gdy jedni się wspinali inni jedli śniadanie. Nie wpuszczali na skałę „obcych”. Poznani wspinacze opowiedzieli nam, że nawet na drogę na której chwilowo nikt się nie wspinał silna grupa z pod skały nie pozwoliła im się wspiąć. Domniemujemy na podstawie wcześniejszych obserwacji, że takie zachowanie wynika z kompleksów i niepotrzebnych uprzedzeń.  Inne nacje były na przegranej pozycji. Ze smutkiem obserwowaliśmy tułaczkę białych wspinaczy. Tułaliśmy się i my. Wiele razy startując pod skałę z wyładowanym plecakiem i wracając z podkulonym ogonem. Nie chciało mi patrzeć na ich skalne wyczyny. Bo świadomość tak pięknych skał na wyciągnięcie ręki i możliwość jedynie „lizania ich przez szybkę” mogła się przyczynić do narastającej frustracji. Okupacja chińska trwała przez kolejne dni. A najważniejszym powodem był zapewne Chiński Nowy Rok. Zdesperowani dziś rano uderzyliśmy do trudniejszego sektoru na plaży Tyrolean Wall, żeby spróbować jakiejś siódemki. Ale niestety jak zwykle cała ściana oblepiona ludźmi (nie wymieniam już nacji). Odpuściliśmy. Podejmujemy dziś po południu ostatnią próbę żeby wspiąć się na 7b na której wykonałem obiecujące próby wczoraj po zachodzie słońca. Niestety dziś się nie da :(.



 Wracamy z tego pięknego miejsca z lekkim niesmakiem. Wlekliśmy się tu przez pół świata nastawieni na piękne wspinanie w zimie po to żeby zrobić trzy drogi.
Ogółem wyspa nam się podoba jest tu o wiele spokojniej niż na Phi Phi. Ton Sai jest kameralny. Jeśli chodzi o wspinanie. Skała jest piękna - formacje, kolorystyka. Niestety popularne drogi są wyślizgane. Nie jest łatwo zidentyfikować wybraną drogę. Szczególnie z przewodnikiem King Climbers. Drogi nie są podpisane na skale. Częste są wątpliwości co do wycen. Widziałem faceta latającego na piątce. Pytam asekurującego go Taja czy to jest droga o wycenie 5 pokazując mu ją w przewodniku. I słyszę wyjaśnienie, że na wędkę to jest 5 a z dołem 6a. Super J Czasem droga ma inną wycenę na ilustracji, a inną w tekście w tym samym przewodniku. Pierwsze wpinki często są dość wysoko z niełatwym dojściem. Na pewno przydatny będzie kij do wpinek. Na drogach bardzo często punktami asekuracyjnymi są pętle z liny. Podobnie stanowiska. Przewodnik dodatkowo szczegółowo opisuje każdy punkt asekuracyjny. Jakiego jest typu i kiedy powstał. Są drogi na których ze względu na asekurację nie poleca się odpadać. Coś się jednak zaczyna zmieniać w kwestiach asekuracji i podejmowane są próby narzucenia pewnych standardów. Poza tym jest tu jeszcze sporo miejsca na nowe sektory i drogi. 



 małpie igraszki