27.01-01.02.17 pt-śr
Rano zaraz po śniadaniu check-out-ujemy się z naszego super
hotelu i w ciągu 15 min dochodzimy do portu. Czasu jest jeszcze dużo, bo
ruszamy o 10.00, a tu dopiero po 9.00. Jednak jak się okazało nasz statek już
stoi. Sprawdzają nam bilety i dają małe naklejki do naklejenia na koszulce z
miejscem docelowym. Przy wejściu na statek oddajemy bagaże, które składane są
na pokładzie w wielką górę i idziemy zając miejsca w klimatyzowanej kabinie.
Jesteśmy jednymi z pierwszych pasażerów, więc siedzimy sobie wygodnie na trzech
miejscach.
Bilet, który zakupiliśmy jest łączoną opcją i za 350 Bth (42zł/os)
mają nas dowieść do Ao – Nang.
Trasa przebiega spokojnie. Dopływamy do Krabi
Town, skąd busem mamy być dowiezieni do Ao Nang. Najpierw przeżywamy horror z
bagażami wsiadaliśmy jako jedni z pierwszych. Nasze bagaże leżą pod wielka górą
bagaży kilku setek pasażerów, musimy czekać.
Zaczyna się walka, ludzie starają się wywlekać swoje bagaże z tej
wielkiej sterty. Po 10 minutach ktoś wydobywa mój plecak z którym od razu
schodzę na ląd. Rafał biedny szuka swojego plecaka następne 10 minut. Cały czas
nic. Zaczynam się zastanawiać czy ktoś go nie zabrał. Nikt nie pilnuje
rozładunku bagaży, w żaden sposób nie były one oznakowane. W końcu jest, Rafał
schodzi ze statku prawie ostatni. Idziemy szybko wyznaczoną trasą na zewnątrz
portu. Pytamy o transport do Ao-Nang. Każą nam wyjść na zewnątrz. Na zewnątrz
stoi co najmniej ze 100 zdezorientowanych osób. Każdy pyta o swój kierunek. Co
chwilę podjeżdżają jakieś busy i zabierają ludzi, ale nie do Ao-Nang. Spędzamy
w tym miejscu dobrą godzinę w pełnym słońcu co chwilę podbiegając w nadziei do
podjeżdżających busów. Na koniec zostało ok. 20 osób. Rozparcelowali nas na 2
busy i pojechaliśmy do Ao – Nang. Jechaliśmy jakiś kwadrans. Kierowca wysadził
nas przy plaży gdzie stoją małe łodzie silnikowe tzw. taxi-boat. Stąd czeka nas
kolejna przeprawa łódką na plażę Tonsai. Miejsce naszego kolejnego
kilkudniowego pobytu. Kupiliśmy bilety 100Bth (12zł/os) i poszliśmy w kierunku
plaży, jakiś facet spojrzał tylko na nasze bilety i zaraz kazał nam iść do
łodzi, która oczywiście była w wodzie. Nie ma żadnego pomostu, a wody jest co
najmniej po kolana. Wsiada się po śliskiej drabince na kołyszącą się łódź. Z
ciężkim plecakiem jest to cholernie trudne. Udaje się nam jakoś wewlec. My
będziemy wysiadać pierwsi, reszta ludzi płynie na Railay Beach. Powoli
dopływamy do Tonsai Beach niestety jest odpływ, więc łódź wysadza nas daleko od
brzegu. Problem polega na tym, że tutaj dno jest bardzo kamieniste. Plecaki nas
doginają, idzie się bardzo ciężko na boso. W końcu wody jest trochę mniej
staramy się założyć nasze buty choć na gołą stopę byle by już nie trzeba było
iść po tym wrednym dnie. Z plaży od razu kierujemy się do naszego resortu Dream
Vallay Resort, zabukowaliśmy w nim 2 noce po ostatnich doświadczeniach z Phi
Phi wolimy być ostrożni. Obsługa zaprowadza nas do pokoju, jest super duża
przestrzeń czysto, żadnego zapachu pleśni. Piękny przestronny pokój. Wielkie
wygodne łóżko. Do pokoju wchodzimy przez jedną z przeszklonych ścian wprost z
nad basenu otoczonego przez piękny i zadbany park.
Jedynym mankamentem jest brak prądu na półwyspie między
11.00 a 16.00, ale nic to kąpiemy się w zimnej wodzie a następnie idziemy coś
zjeść. Pokój na tyle przypadł nam do gustu, że bookujemy go na cały nasz
5-dniowy pobyt na Ton Saiu (1900Bth-228zł).
Tego dnia idziemy od razu na plażę zobaczyć te słynne skały.
Rzeczywiście są przepiękne.
droga na plażę
Gorzej wygląda kwestia brzegu morskiego, odpływ
odsłania mnóstwo skał i kamieni na dnie. O kąpieli można zapomnieć.
Następnego dnia rano udajemy się na hotelowe śniadanie i tu
jakie miłe zaskoczenie zastajemy szwedki stół. Wybór jest dość duży, serwis
śniadaniowy przypomina ten z Polski. Jedzenia jest b. dużo, można jeść do woli
co się chce. Po śniadaniu postanowiliśmy dotrzeć do Railay w celu kupna
przewodnika wspinaczkowego. Na Railay jest również sporo wspinania więc
zabieramy ze sobą cały sprzęt. Postanowiliśmy dotrzeć tam ścieżką przez dżunglę.
Istnieje taka możliwość chcemy sprawdzić jak ta droga wygląda. Początkowo
mijamy różnego typu bungalowy o coraz gorszym standardzie. Na sam widok
niektórych mamy wizję grzyba i robactwa. Są to bambusowe chatki, które ma się
wrażenie, że za chwilę się rozpadną.
W dżungli robi się coraz ciemniej i coraz bardziej dziko
trzy osoby wyminęły nas, a my powoli wędrowaliśmy drogą pod górę.
Co chwilę
mijaliśmy pajęcze sieci, trzeba było bardzo uważać żeby w którąś nie wpaść. Atakowały
nas roje komarów, a końca drogi nie widać, cały czas pod górę po błocie, wzdłuż
jakiś kabli z prądem które b. często były na wysokości naszego pasa. Nie mając
za bardzo wyjścia chwytaliśmy je w rękę i przechodziliśmy pod nimi. Po ok. 25
minutach totalnie zlani potem docieramy do Railay. Najpierw kierujemy się do
sklepu wspinaczkowego King Climbers po najnowszy przewodnik z 2016r.( 500Bth-
60zł). Potem siadamy w jakieś jadłodajni na picie i jedzenie. Ja zamówiłam
kokosa, a Rafał Thai Ice Tee. Pojedliśmy i ruszamy do Daimond Cave, gdzie
widzieliśmy kursy wspinaczkowe, ale stwierdziliśmy, że coś dla nas będzie. I
rzeczywiście 6b, 6a+, i 6a. Po kolei robimy jedną za drugą. Dobrze, że pod
skałą byli ludzie, bo trudno zidentyfikować drogi na skale posługując się
przewodnikiem. Zamieszczone tam rysunki pozostawiają wiele do życzenia.
Niestety nie ma na skałach żadnych nazw dróg. Człowiek musi polegać na swojej
intuicji. Mieliśmy nawet problemy z identyfikacją sektora. Ok. 15. Kończymy
wspin i postanawiamy przejść na Ton Sai od strony morza jest odpływ więc
powinno się udać. Mijamy mnóstwo ludzi w japonkach, więc chyba aż tak źle nie
jest zaczynamy przedzieranie się, nadmieniam że mamy buty treningowe. Skały są
b. śliskie, ale jakoś powoli skrobiemy się do przodu.
W końcu dochodzimy do
naszej plaży Tonsai i szczęśliwi wracamy do hotelu.
Następnego dnia zaraz po
śniadaniu Rafał zaczął się źle czuć najpierw się przespał, a po przebudzeniu
zaczęły się regularne wymioty. Już dnia poprzedniego samopoczucie miał średnie.
Domyśliliśmy się że to zapewne lód z Thai ice tee. Po południu udaliśmy się na
całodobową pomoc pielęgniarską. Pani dała tabletki na przed i po jedzeniu i w
razie co kazała wrócić jutro. Na szczęście tabletki pomogły, tak że dnia
następnego byliśmy na plaży z rana i o dziwo można było się normalnie wykąpać w
morzu. Nie było jeszcze odpływu. Natomiast pod wszystkimi dostępnymi ścianami
stacjonowały grupy 20-40 osobowe chińczyków. Jedni coś jedli, drudzy się
wspinali. Wszystkie drogi, które akurat z rana tutaj nad brzegiem morza są w
cieniu były zajęte.
Postanowiliśmy uderzyć na inne sektory zacienione po południu. Dowlekliśmy się jakoś pod nie, niestety tutaj sytuacja wyglądała podobnie wszędzie Chińczycy, wszystko pozajmowane. Byli świetnie zorganizowani. Gdy jedni się wspinali inni jedli śniadanie. Nie wpuszczali na skałę „obcych”. Poznani wspinacze opowiedzieli nam, że nawet na drogę na której chwilowo nikt się nie wspinał silna grupa z pod skały nie pozwoliła im się wspiąć. Domniemujemy na podstawie wcześniejszych obserwacji, że takie zachowanie wynika z kompleksów i niepotrzebnych uprzedzeń. Inne nacje były na przegranej pozycji. Ze smutkiem obserwowaliśmy tułaczkę białych wspinaczy. Tułaliśmy się i my. Wiele razy startując pod skałę z wyładowanym plecakiem i wracając z podkulonym ogonem. Nie chciało mi patrzeć na ich skalne wyczyny. Bo świadomość tak pięknych skał na wyciągnięcie ręki i możliwość jedynie „lizania ich przez szybkę” mogła się przyczynić do narastającej frustracji. Okupacja chińska trwała przez kolejne dni. A najważniejszym powodem był zapewne Chiński Nowy Rok. Zdesperowani dziś rano uderzyliśmy do trudniejszego sektoru na plaży Tyrolean Wall, żeby spróbować jakiejś siódemki. Ale niestety jak zwykle cała ściana oblepiona ludźmi (nie wymieniam już nacji). Odpuściliśmy. Podejmujemy dziś po południu ostatnią próbę żeby wspiąć się na 7b na której wykonałem obiecujące próby wczoraj po zachodzie słońca. Niestety dziś się nie da :(.
Postanowiliśmy uderzyć na inne sektory zacienione po południu. Dowlekliśmy się jakoś pod nie, niestety tutaj sytuacja wyglądała podobnie wszędzie Chińczycy, wszystko pozajmowane. Byli świetnie zorganizowani. Gdy jedni się wspinali inni jedli śniadanie. Nie wpuszczali na skałę „obcych”. Poznani wspinacze opowiedzieli nam, że nawet na drogę na której chwilowo nikt się nie wspinał silna grupa z pod skały nie pozwoliła im się wspiąć. Domniemujemy na podstawie wcześniejszych obserwacji, że takie zachowanie wynika z kompleksów i niepotrzebnych uprzedzeń. Inne nacje były na przegranej pozycji. Ze smutkiem obserwowaliśmy tułaczkę białych wspinaczy. Tułaliśmy się i my. Wiele razy startując pod skałę z wyładowanym plecakiem i wracając z podkulonym ogonem. Nie chciało mi patrzeć na ich skalne wyczyny. Bo świadomość tak pięknych skał na wyciągnięcie ręki i możliwość jedynie „lizania ich przez szybkę” mogła się przyczynić do narastającej frustracji. Okupacja chińska trwała przez kolejne dni. A najważniejszym powodem był zapewne Chiński Nowy Rok. Zdesperowani dziś rano uderzyliśmy do trudniejszego sektoru na plaży Tyrolean Wall, żeby spróbować jakiejś siódemki. Ale niestety jak zwykle cała ściana oblepiona ludźmi (nie wymieniam już nacji). Odpuściliśmy. Podejmujemy dziś po południu ostatnią próbę żeby wspiąć się na 7b na której wykonałem obiecujące próby wczoraj po zachodzie słońca. Niestety dziś się nie da :(.
Wracamy z tego
pięknego miejsca z lekkim niesmakiem. Wlekliśmy się tu przez pół świata
nastawieni na piękne wspinanie w zimie po to żeby zrobić trzy drogi.
Ogółem wyspa nam się podoba jest tu o wiele spokojniej niż
na Phi Phi. Ton Sai jest kameralny. Jeśli chodzi o wspinanie. Skała jest piękna
- formacje, kolorystyka. Niestety popularne drogi są wyślizgane. Nie jest łatwo
zidentyfikować wybraną drogę. Szczególnie z przewodnikiem King Climbers. Drogi
nie są podpisane na skale. Częste są wątpliwości co do wycen. Widziałem faceta
latającego na piątce. Pytam asekurującego go Taja czy to jest droga o wycenie 5
pokazując mu ją w przewodniku. I słyszę wyjaśnienie, że na wędkę to jest 5 a z
dołem 6a. Super J
Czasem droga ma inną wycenę na ilustracji, a inną w tekście w tym samym
przewodniku. Pierwsze wpinki często są dość wysoko z niełatwym dojściem. Na
pewno przydatny będzie kij do wpinek. Na drogach bardzo często punktami
asekuracyjnymi są pętle z liny. Podobnie stanowiska. Przewodnik dodatkowo
szczegółowo opisuje każdy punkt asekuracyjny. Jakiego jest typu i kiedy
powstał. Są drogi na których ze względu na asekurację nie poleca się odpadać.
Coś się jednak zaczyna zmieniać w kwestiach asekuracji i podejmowane są próby
narzucenia pewnych standardów. Poza tym jest tu jeszcze sporo miejsca na nowe
sektory i drogi.
małpie igraszki

























Upadek białej rasy? ;-)
OdpowiedzUsuń