wtorek, 31 stycznia 2017

Ton Sai – czas chińskiej okupacji



27.01-01.02.17 pt-śr
Rano zaraz po śniadaniu check-out-ujemy się z naszego super hotelu i w ciągu 15 min dochodzimy do portu. Czasu jest jeszcze dużo, bo ruszamy o 10.00, a tu dopiero po 9.00. Jednak jak się okazało nasz statek już stoi. Sprawdzają nam bilety i dają małe naklejki do naklejenia na koszulce z miejscem docelowym. Przy wejściu na statek oddajemy bagaże, które składane są na pokładzie w wielką górę i idziemy zając miejsca w klimatyzowanej kabinie. Jesteśmy jednymi z pierwszych pasażerów, więc siedzimy sobie wygodnie na trzech miejscach. 

Bilet, który zakupiliśmy jest łączoną opcją i za 350 Bth (42zł/os) mają nas dowieść do Ao – Nang. 


 Trasa przebiega spokojnie. Dopływamy do Krabi Town, skąd busem mamy być dowiezieni do Ao Nang. Najpierw przeżywamy horror z bagażami wsiadaliśmy jako jedni z pierwszych. Nasze bagaże leżą pod wielka górą bagaży kilku setek pasażerów, musimy czekać.  Zaczyna się walka, ludzie starają się wywlekać swoje bagaże z tej wielkiej sterty. Po 10 minutach ktoś wydobywa mój plecak z którym od razu schodzę na ląd. Rafał biedny szuka swojego plecaka następne 10 minut. Cały czas nic. Zaczynam się zastanawiać czy ktoś go nie zabrał. Nikt nie pilnuje rozładunku bagaży, w żaden sposób nie były one oznakowane. W końcu jest, Rafał schodzi ze statku prawie ostatni. Idziemy szybko wyznaczoną trasą na zewnątrz portu. Pytamy o transport do Ao-Nang. Każą nam wyjść na zewnątrz. Na zewnątrz stoi co najmniej ze 100 zdezorientowanych osób. Każdy pyta o swój kierunek. Co chwilę podjeżdżają jakieś busy i zabierają ludzi, ale nie do Ao-Nang. Spędzamy w tym miejscu dobrą godzinę w pełnym słońcu co chwilę podbiegając w nadziei do podjeżdżających busów. Na koniec zostało ok. 20 osób. Rozparcelowali nas na 2 busy i pojechaliśmy do Ao – Nang. Jechaliśmy jakiś kwadrans. Kierowca wysadził nas przy plaży gdzie stoją małe łodzie silnikowe tzw. taxi-boat. Stąd czeka nas kolejna przeprawa łódką na plażę Tonsai. Miejsce naszego kolejnego kilkudniowego pobytu. Kupiliśmy bilety 100Bth (12zł/os) i poszliśmy w kierunku plaży, jakiś facet spojrzał tylko na nasze bilety i zaraz kazał nam iść do łodzi, która oczywiście była w wodzie. Nie ma żadnego pomostu, a wody jest co najmniej po kolana. Wsiada się po śliskiej drabince na kołyszącą się łódź. Z ciężkim plecakiem jest to cholernie trudne. Udaje się nam jakoś wewlec. My będziemy wysiadać pierwsi, reszta ludzi płynie na Railay Beach. Powoli dopływamy do Tonsai Beach niestety jest odpływ, więc łódź wysadza nas daleko od brzegu. Problem polega na tym, że tutaj dno jest bardzo kamieniste. Plecaki nas doginają, idzie się bardzo ciężko na boso. W końcu wody jest trochę mniej staramy się założyć nasze buty choć na gołą stopę byle by już nie trzeba było iść po tym wrednym dnie. Z plaży od razu kierujemy się do naszego resortu Dream Vallay Resort, zabukowaliśmy w nim 2 noce po ostatnich doświadczeniach z Phi Phi wolimy być ostrożni. Obsługa zaprowadza nas do pokoju, jest super duża przestrzeń czysto, żadnego zapachu pleśni. Piękny przestronny pokój. Wielkie wygodne łóżko. Do pokoju wchodzimy przez jedną z przeszklonych ścian wprost z nad basenu otoczonego przez piękny i zadbany park.




Jedynym mankamentem jest brak prądu na półwyspie między 11.00 a 16.00, ale nic to kąpiemy się w zimnej wodzie a następnie idziemy coś zjeść. Pokój na tyle przypadł nam do gustu, że bookujemy go na cały nasz 5-dniowy pobyt na Ton Saiu (1900Bth-228zł).
Tego dnia idziemy od razu na plażę zobaczyć te słynne skały. Rzeczywiście są przepiękne.

 droga na plażę










 Gorzej wygląda kwestia brzegu morskiego, odpływ odsłania mnóstwo skał i kamieni na dnie. O kąpieli można zapomnieć. 


Następnego dnia rano udajemy się na hotelowe śniadanie i tu jakie miłe zaskoczenie zastajemy szwedki stół. Wybór jest dość duży, serwis śniadaniowy przypomina ten z Polski. Jedzenia jest b. dużo, można jeść do woli co się chce. Po śniadaniu postanowiliśmy dotrzeć do Railay w celu kupna przewodnika wspinaczkowego. Na Railay jest również sporo wspinania więc zabieramy ze sobą cały sprzęt. Postanowiliśmy dotrzeć tam ścieżką przez dżunglę. Istnieje taka możliwość chcemy sprawdzić jak ta droga wygląda. Początkowo mijamy różnego typu bungalowy o coraz gorszym standardzie. Na sam widok niektórych mamy wizję grzyba i robactwa. Są to bambusowe chatki, które ma się wrażenie, że za chwilę się rozpadną. 


W dżungli robi się coraz ciemniej i coraz bardziej dziko trzy osoby wyminęły nas, a my powoli wędrowaliśmy drogą pod górę.





 Co chwilę mijaliśmy pajęcze sieci, trzeba było bardzo uważać żeby w którąś nie wpaść. Atakowały nas roje komarów, a końca drogi nie widać, cały czas pod górę po błocie, wzdłuż jakiś kabli z prądem które b. często były na wysokości naszego pasa. Nie mając za bardzo wyjścia chwytaliśmy je w rękę i przechodziliśmy pod nimi. Po ok. 25 minutach totalnie zlani potem docieramy do Railay. Najpierw kierujemy się do sklepu wspinaczkowego King Climbers po najnowszy przewodnik z 2016r.( 500Bth- 60zł). Potem siadamy w jakieś jadłodajni na picie i jedzenie. Ja zamówiłam kokosa, a Rafał Thai Ice Tee. Pojedliśmy i ruszamy do Daimond Cave, gdzie widzieliśmy kursy wspinaczkowe, ale stwierdziliśmy, że coś dla nas będzie. I rzeczywiście 6b, 6a+, i 6a. Po kolei robimy jedną za drugą. Dobrze, że pod skałą byli ludzie, bo trudno zidentyfikować drogi na skale posługując się przewodnikiem. Zamieszczone tam rysunki pozostawiają wiele do życzenia. Niestety nie ma na skałach żadnych nazw dróg. Człowiek musi polegać na swojej intuicji. Mieliśmy nawet problemy z identyfikacją sektora. Ok. 15. Kończymy wspin i postanawiamy przejść na Ton Sai od strony morza jest odpływ więc powinno się udać. Mijamy mnóstwo ludzi w japonkach, więc chyba aż tak źle nie jest zaczynamy przedzieranie się, nadmieniam że mamy buty treningowe. Skały są b. śliskie, ale jakoś powoli skrobiemy się do przodu. 



W końcu dochodzimy do naszej plaży Tonsai i szczęśliwi wracamy do hotelu.
Następnego dnia zaraz po śniadaniu Rafał zaczął się źle czuć najpierw się przespał, a po przebudzeniu zaczęły się regularne wymioty. Już dnia poprzedniego samopoczucie miał średnie. Domyśliliśmy się że to zapewne lód z Thai ice tee. Po południu udaliśmy się na całodobową pomoc pielęgniarską. Pani dała tabletki na przed i po jedzeniu i w razie co kazała wrócić jutro. Na szczęście tabletki pomogły, tak że dnia następnego byliśmy na plaży z rana i o dziwo można było się normalnie wykąpać w morzu. Nie było jeszcze odpływu. Natomiast pod wszystkimi dostępnymi ścianami stacjonowały grupy 20-40 osobowe chińczyków. Jedni coś jedli, drudzy się wspinali. Wszystkie drogi, które akurat z rana tutaj nad brzegiem morza są w cieniu były zajęte.


 Postanowiliśmy uderzyć na inne sektory zacienione po południu. Dowlekliśmy się jakoś pod nie, niestety tutaj sytuacja wyglądała podobnie wszędzie Chińczycy, wszystko pozajmowane. Byli świetnie zorganizowani. Gdy jedni się wspinali inni jedli śniadanie. Nie wpuszczali na skałę „obcych”. Poznani wspinacze opowiedzieli nam, że nawet na drogę na której chwilowo nikt się nie wspinał silna grupa z pod skały nie pozwoliła im się wspiąć. Domniemujemy na podstawie wcześniejszych obserwacji, że takie zachowanie wynika z kompleksów i niepotrzebnych uprzedzeń.  Inne nacje były na przegranej pozycji. Ze smutkiem obserwowaliśmy tułaczkę białych wspinaczy. Tułaliśmy się i my. Wiele razy startując pod skałę z wyładowanym plecakiem i wracając z podkulonym ogonem. Nie chciało mi patrzeć na ich skalne wyczyny. Bo świadomość tak pięknych skał na wyciągnięcie ręki i możliwość jedynie „lizania ich przez szybkę” mogła się przyczynić do narastającej frustracji. Okupacja chińska trwała przez kolejne dni. A najważniejszym powodem był zapewne Chiński Nowy Rok. Zdesperowani dziś rano uderzyliśmy do trudniejszego sektoru na plaży Tyrolean Wall, żeby spróbować jakiejś siódemki. Ale niestety jak zwykle cała ściana oblepiona ludźmi (nie wymieniam już nacji). Odpuściliśmy. Podejmujemy dziś po południu ostatnią próbę żeby wspiąć się na 7b na której wykonałem obiecujące próby wczoraj po zachodzie słońca. Niestety dziś się nie da :(.



 Wracamy z tego pięknego miejsca z lekkim niesmakiem. Wlekliśmy się tu przez pół świata nastawieni na piękne wspinanie w zimie po to żeby zrobić trzy drogi.
Ogółem wyspa nam się podoba jest tu o wiele spokojniej niż na Phi Phi. Ton Sai jest kameralny. Jeśli chodzi o wspinanie. Skała jest piękna - formacje, kolorystyka. Niestety popularne drogi są wyślizgane. Nie jest łatwo zidentyfikować wybraną drogę. Szczególnie z przewodnikiem King Climbers. Drogi nie są podpisane na skale. Częste są wątpliwości co do wycen. Widziałem faceta latającego na piątce. Pytam asekurującego go Taja czy to jest droga o wycenie 5 pokazując mu ją w przewodniku. I słyszę wyjaśnienie, że na wędkę to jest 5 a z dołem 6a. Super J Czasem droga ma inną wycenę na ilustracji, a inną w tekście w tym samym przewodniku. Pierwsze wpinki często są dość wysoko z niełatwym dojściem. Na pewno przydatny będzie kij do wpinek. Na drogach bardzo często punktami asekuracyjnymi są pętle z liny. Podobnie stanowiska. Przewodnik dodatkowo szczegółowo opisuje każdy punkt asekuracyjny. Jakiego jest typu i kiedy powstał. Są drogi na których ze względu na asekurację nie poleca się odpadać. Coś się jednak zaczyna zmieniać w kwestiach asekuracji i podejmowane są próby narzucenia pewnych standardów. Poza tym jest tu jeszcze sporo miejsca na nowe sektory i drogi. 



 małpie igraszki

1 komentarz: