wtorek, 31 stycznia 2017

Ton Sai – czas chińskiej okupacji



27.01-01.02.17 pt-śr
Rano zaraz po śniadaniu check-out-ujemy się z naszego super hotelu i w ciągu 15 min dochodzimy do portu. Czasu jest jeszcze dużo, bo ruszamy o 10.00, a tu dopiero po 9.00. Jednak jak się okazało nasz statek już stoi. Sprawdzają nam bilety i dają małe naklejki do naklejenia na koszulce z miejscem docelowym. Przy wejściu na statek oddajemy bagaże, które składane są na pokładzie w wielką górę i idziemy zając miejsca w klimatyzowanej kabinie. Jesteśmy jednymi z pierwszych pasażerów, więc siedzimy sobie wygodnie na trzech miejscach. 

Bilet, który zakupiliśmy jest łączoną opcją i za 350 Bth (42zł/os) mają nas dowieść do Ao – Nang. 


 Trasa przebiega spokojnie. Dopływamy do Krabi Town, skąd busem mamy być dowiezieni do Ao Nang. Najpierw przeżywamy horror z bagażami wsiadaliśmy jako jedni z pierwszych. Nasze bagaże leżą pod wielka górą bagaży kilku setek pasażerów, musimy czekać.  Zaczyna się walka, ludzie starają się wywlekać swoje bagaże z tej wielkiej sterty. Po 10 minutach ktoś wydobywa mój plecak z którym od razu schodzę na ląd. Rafał biedny szuka swojego plecaka następne 10 minut. Cały czas nic. Zaczynam się zastanawiać czy ktoś go nie zabrał. Nikt nie pilnuje rozładunku bagaży, w żaden sposób nie były one oznakowane. W końcu jest, Rafał schodzi ze statku prawie ostatni. Idziemy szybko wyznaczoną trasą na zewnątrz portu. Pytamy o transport do Ao-Nang. Każą nam wyjść na zewnątrz. Na zewnątrz stoi co najmniej ze 100 zdezorientowanych osób. Każdy pyta o swój kierunek. Co chwilę podjeżdżają jakieś busy i zabierają ludzi, ale nie do Ao-Nang. Spędzamy w tym miejscu dobrą godzinę w pełnym słońcu co chwilę podbiegając w nadziei do podjeżdżających busów. Na koniec zostało ok. 20 osób. Rozparcelowali nas na 2 busy i pojechaliśmy do Ao – Nang. Jechaliśmy jakiś kwadrans. Kierowca wysadził nas przy plaży gdzie stoją małe łodzie silnikowe tzw. taxi-boat. Stąd czeka nas kolejna przeprawa łódką na plażę Tonsai. Miejsce naszego kolejnego kilkudniowego pobytu. Kupiliśmy bilety 100Bth (12zł/os) i poszliśmy w kierunku plaży, jakiś facet spojrzał tylko na nasze bilety i zaraz kazał nam iść do łodzi, która oczywiście była w wodzie. Nie ma żadnego pomostu, a wody jest co najmniej po kolana. Wsiada się po śliskiej drabince na kołyszącą się łódź. Z ciężkim plecakiem jest to cholernie trudne. Udaje się nam jakoś wewlec. My będziemy wysiadać pierwsi, reszta ludzi płynie na Railay Beach. Powoli dopływamy do Tonsai Beach niestety jest odpływ, więc łódź wysadza nas daleko od brzegu. Problem polega na tym, że tutaj dno jest bardzo kamieniste. Plecaki nas doginają, idzie się bardzo ciężko na boso. W końcu wody jest trochę mniej staramy się założyć nasze buty choć na gołą stopę byle by już nie trzeba było iść po tym wrednym dnie. Z plaży od razu kierujemy się do naszego resortu Dream Vallay Resort, zabukowaliśmy w nim 2 noce po ostatnich doświadczeniach z Phi Phi wolimy być ostrożni. Obsługa zaprowadza nas do pokoju, jest super duża przestrzeń czysto, żadnego zapachu pleśni. Piękny przestronny pokój. Wielkie wygodne łóżko. Do pokoju wchodzimy przez jedną z przeszklonych ścian wprost z nad basenu otoczonego przez piękny i zadbany park.




Jedynym mankamentem jest brak prądu na półwyspie między 11.00 a 16.00, ale nic to kąpiemy się w zimnej wodzie a następnie idziemy coś zjeść. Pokój na tyle przypadł nam do gustu, że bookujemy go na cały nasz 5-dniowy pobyt na Ton Saiu (1900Bth-228zł).
Tego dnia idziemy od razu na plażę zobaczyć te słynne skały. Rzeczywiście są przepiękne.

 droga na plażę










 Gorzej wygląda kwestia brzegu morskiego, odpływ odsłania mnóstwo skał i kamieni na dnie. O kąpieli można zapomnieć. 


Następnego dnia rano udajemy się na hotelowe śniadanie i tu jakie miłe zaskoczenie zastajemy szwedki stół. Wybór jest dość duży, serwis śniadaniowy przypomina ten z Polski. Jedzenia jest b. dużo, można jeść do woli co się chce. Po śniadaniu postanowiliśmy dotrzeć do Railay w celu kupna przewodnika wspinaczkowego. Na Railay jest również sporo wspinania więc zabieramy ze sobą cały sprzęt. Postanowiliśmy dotrzeć tam ścieżką przez dżunglę. Istnieje taka możliwość chcemy sprawdzić jak ta droga wygląda. Początkowo mijamy różnego typu bungalowy o coraz gorszym standardzie. Na sam widok niektórych mamy wizję grzyba i robactwa. Są to bambusowe chatki, które ma się wrażenie, że za chwilę się rozpadną. 


W dżungli robi się coraz ciemniej i coraz bardziej dziko trzy osoby wyminęły nas, a my powoli wędrowaliśmy drogą pod górę.





 Co chwilę mijaliśmy pajęcze sieci, trzeba było bardzo uważać żeby w którąś nie wpaść. Atakowały nas roje komarów, a końca drogi nie widać, cały czas pod górę po błocie, wzdłuż jakiś kabli z prądem które b. często były na wysokości naszego pasa. Nie mając za bardzo wyjścia chwytaliśmy je w rękę i przechodziliśmy pod nimi. Po ok. 25 minutach totalnie zlani potem docieramy do Railay. Najpierw kierujemy się do sklepu wspinaczkowego King Climbers po najnowszy przewodnik z 2016r.( 500Bth- 60zł). Potem siadamy w jakieś jadłodajni na picie i jedzenie. Ja zamówiłam kokosa, a Rafał Thai Ice Tee. Pojedliśmy i ruszamy do Daimond Cave, gdzie widzieliśmy kursy wspinaczkowe, ale stwierdziliśmy, że coś dla nas będzie. I rzeczywiście 6b, 6a+, i 6a. Po kolei robimy jedną za drugą. Dobrze, że pod skałą byli ludzie, bo trudno zidentyfikować drogi na skale posługując się przewodnikiem. Zamieszczone tam rysunki pozostawiają wiele do życzenia. Niestety nie ma na skałach żadnych nazw dróg. Człowiek musi polegać na swojej intuicji. Mieliśmy nawet problemy z identyfikacją sektora. Ok. 15. Kończymy wspin i postanawiamy przejść na Ton Sai od strony morza jest odpływ więc powinno się udać. Mijamy mnóstwo ludzi w japonkach, więc chyba aż tak źle nie jest zaczynamy przedzieranie się, nadmieniam że mamy buty treningowe. Skały są b. śliskie, ale jakoś powoli skrobiemy się do przodu. 



W końcu dochodzimy do naszej plaży Tonsai i szczęśliwi wracamy do hotelu.
Następnego dnia zaraz po śniadaniu Rafał zaczął się źle czuć najpierw się przespał, a po przebudzeniu zaczęły się regularne wymioty. Już dnia poprzedniego samopoczucie miał średnie. Domyśliliśmy się że to zapewne lód z Thai ice tee. Po południu udaliśmy się na całodobową pomoc pielęgniarską. Pani dała tabletki na przed i po jedzeniu i w razie co kazała wrócić jutro. Na szczęście tabletki pomogły, tak że dnia następnego byliśmy na plaży z rana i o dziwo można było się normalnie wykąpać w morzu. Nie było jeszcze odpływu. Natomiast pod wszystkimi dostępnymi ścianami stacjonowały grupy 20-40 osobowe chińczyków. Jedni coś jedli, drudzy się wspinali. Wszystkie drogi, które akurat z rana tutaj nad brzegiem morza są w cieniu były zajęte.


 Postanowiliśmy uderzyć na inne sektory zacienione po południu. Dowlekliśmy się jakoś pod nie, niestety tutaj sytuacja wyglądała podobnie wszędzie Chińczycy, wszystko pozajmowane. Byli świetnie zorganizowani. Gdy jedni się wspinali inni jedli śniadanie. Nie wpuszczali na skałę „obcych”. Poznani wspinacze opowiedzieli nam, że nawet na drogę na której chwilowo nikt się nie wspinał silna grupa z pod skały nie pozwoliła im się wspiąć. Domniemujemy na podstawie wcześniejszych obserwacji, że takie zachowanie wynika z kompleksów i niepotrzebnych uprzedzeń.  Inne nacje były na przegranej pozycji. Ze smutkiem obserwowaliśmy tułaczkę białych wspinaczy. Tułaliśmy się i my. Wiele razy startując pod skałę z wyładowanym plecakiem i wracając z podkulonym ogonem. Nie chciało mi patrzeć na ich skalne wyczyny. Bo świadomość tak pięknych skał na wyciągnięcie ręki i możliwość jedynie „lizania ich przez szybkę” mogła się przyczynić do narastającej frustracji. Okupacja chińska trwała przez kolejne dni. A najważniejszym powodem był zapewne Chiński Nowy Rok. Zdesperowani dziś rano uderzyliśmy do trudniejszego sektoru na plaży Tyrolean Wall, żeby spróbować jakiejś siódemki. Ale niestety jak zwykle cała ściana oblepiona ludźmi (nie wymieniam już nacji). Odpuściliśmy. Podejmujemy dziś po południu ostatnią próbę żeby wspiąć się na 7b na której wykonałem obiecujące próby wczoraj po zachodzie słońca. Niestety dziś się nie da :(.



 Wracamy z tego pięknego miejsca z lekkim niesmakiem. Wlekliśmy się tu przez pół świata nastawieni na piękne wspinanie w zimie po to żeby zrobić trzy drogi.
Ogółem wyspa nam się podoba jest tu o wiele spokojniej niż na Phi Phi. Ton Sai jest kameralny. Jeśli chodzi o wspinanie. Skała jest piękna - formacje, kolorystyka. Niestety popularne drogi są wyślizgane. Nie jest łatwo zidentyfikować wybraną drogę. Szczególnie z przewodnikiem King Climbers. Drogi nie są podpisane na skale. Częste są wątpliwości co do wycen. Widziałem faceta latającego na piątce. Pytam asekurującego go Taja czy to jest droga o wycenie 5 pokazując mu ją w przewodniku. I słyszę wyjaśnienie, że na wędkę to jest 5 a z dołem 6a. Super J Czasem droga ma inną wycenę na ilustracji, a inną w tekście w tym samym przewodniku. Pierwsze wpinki często są dość wysoko z niełatwym dojściem. Na pewno przydatny będzie kij do wpinek. Na drogach bardzo często punktami asekuracyjnymi są pętle z liny. Podobnie stanowiska. Przewodnik dodatkowo szczegółowo opisuje każdy punkt asekuracyjny. Jakiego jest typu i kiedy powstał. Są drogi na których ze względu na asekurację nie poleca się odpadać. Coś się jednak zaczyna zmieniać w kwestiach asekuracji i podejmowane są próby narzucenia pewnych standardów. Poza tym jest tu jeszcze sporo miejsca na nowe sektory i drogi. 



 małpie igraszki

sobota, 28 stycznia 2017

podsumowanie pobytu na Phi Phi Island



 23-27.01.17 pon-pt
Trafiliśmy na słynną wyspę Phi Phi określaną często jako rajska. Niestety nasz kilkudniowy pobyt tutaj nie kojarzy nam się z rajem. Może mieliśmy wyjątkowego pecha, ale nabawiliśmy się urazu.
Pierwsza sprawa to pogoda. O tej porze powinno świecić słońce i zero deszczu. Tymczasem padało codziennie od drobnego deszczyku do ulewy, a nawet burzy. Przebijało się co prawda słońce, ale wybierając się na dłuższy spacer nie dało się nie zmoknąć.  Marzyliśmy o wspięciu się na kilka skał. Niestety nie udało się.



 lało nieźle uratowały nas peleryny
 Hotel w którym spędziliśmy 4 noce pozostawiał dużo do życzenia. Niestety zabukowaliśmy go wcześniej przez internet i forsa z konta poszła. Dobrze, że udało nam się zmienić pierwszy zaoferowany, zagrzybiały pokój i dobrze, że mieliśmy własną moskitierę.


 teren przy hotelu był całkiem ładny i właśnie te zdjęcia zamieszczono jako reklamowe na agodzie


 wejście do naszego przybytku :)
 Było mało słońca, ale nawet przez chmury waliło UV co zwiodło nasza czujność. Efekt był taki, że Aurelia się przegrzała, a potem rozbolało ją gardło i 1,5 dnia spędziła z temp. w łóżku naszej mikro kwatery "deluxe".


 najpierw smażenie


a później pokuta

Na nasze rozczarowanie wyspą nałożyły się tez inne powody. Główna część wyspy to wąski pas lądu - max kilkaset metrów szerokości  i dwie plaże po 2 stronach. Jedna z nich stanowi port z przystanią. Wzdłuż całej plaży stoją lub pływają statki i łodzie z tysiącami turystów. Hałas i spaliny.





Druga plaża niewiele różni się od poprzedniej tyle tylko, że tu zatoka jest płytsza więc nie ma dużych statków, ale za to przez dużą  część dnia odpływ odsłania łachy piasku, a żeby sensownie zanurzyć się w wodzie trzeba pomaszerować naprawdę daleko.


Piasek na plaży niestety jest średni. Gruboziarnisty z ostrymi drobnymi kamieniami. Pomiędzy plażami (cały przesmyk) zajmuje miasteczko z wąskimi alejkami. Maksymalnie zatłoczone z niezliczoną ilością restauracji, salonów masażu, tatuażu, piękności, aptek, sklepów, resortów i imprezowni. W mieście nie ma samochodów za wyjątkiem chyba 2 melexów, widzieliśmy tez jakiś skuter. Ładunki przepychane są na 2 kółkowych wózkach. Nad wartkimi rynsztokami wzdłuż niektórych alejek unosiły się smród i roje komarów. Wieczorami do późnej nocy trwają imprezy. W człowieka walą potężne decybele nakładające się z różnych stron, a w oczach się roi od kolorowych błyskających świateł. Do tego podchmielony półnagi tłum. Alkohole za śmieszne pieniądze kupuję się w zestawach w wiaderkach.



Wrażenia podobne jak na mega imprezowej Khao San Road w Bangkoku.
Może i wyspa jest rajska, tak jednak wyszło, że nie dla nas. Liczyliśmy chociaż na większy kawałek ładnej plaży. Ale to tylko nasze odczucia. Nie udało nam się poznać innych fragmentów wyspy. I spędziliśmy tu krótki czas w pechowych warunkach.
Najbardziej podobała nam się wycieczka na punkt widokowy.



trasa na punkt widokowy była b. zadbana, spotkaliśmy dużo ciekawej roślinności


 tak to wygląda dziś

Choć obecny widok wyspy, gdy ma się w pamięci obrazki z przed lat może trochę rozczarować. Zarośnięta palmami cześć zastąpiły betonowe mury resortów.

 
Phi Phi Island w latach 90

czwartek, 26 stycznia 2017

przejazd na Phi Phi island



Budzimy się w środku nocy 4:15 w najładniejszym dotychczas hotelu. Ogromny budynek jest tak nowy, że na zdjęciach Google nie ma jeszcze nawet budowy. W pokoju unosi się zapach świeżości, a w oczy bije śnieżna biel z każdego zakamarka. Internet śmiga lepiej niż w domu. Żal opuszczać to miejsce, ale na dziś mamy wykupiony przelot liniami Air Asia z bangkockiego lotniska Don Mueang do Krabi na południe kraju, gdzie chcemy się powylegiwać na tropikalnych rajskich plażach. Z hotelu Tip Maison (950bat, 115zł) mamy 800m do lotniska, jednak o tak wczesnej porze postanowiliśmy skorzystać z hotelowego transferu za dodatkową opłatą 30 bat/os (3,60zł). Przed hotelem zebrała się spora grupka. Wszyscy jadą na lotnisko. Hotel ze względu na swoje położenie jest często wybierany przez pasażerów. Równo o 5:00 pakują nas do busika i ruszamy. Jednak dojazd przed terminal wylotów na drugim piętrze nie jest taki łatwy. Musimy pokonać kilka skrzyżowań, przejazd kolejowy i wjechać na wiadukt. Nie spodziewaliśmy się o tej porze takiego korka. Liczyliśmy na szybką podwózkę bo wylot mamy 6:40. W ostatniej chwili pokonaliśmy przejazd kolejowy przy opuszczających się rogatkach. Wreszcie dowlekliśmy się przed terminal i uginając się pod ciężarem plecaków wpadamy do środka. Tu dopiero zaczął się prawdziwy koszmar. Takich tłumów jeszcze nie widzieliśmy. Okienek dziesiątki, ale nie tak łatwo do nich podejść. Na wstępie przeglądarki bagaży do których stoją wielkie kolejki. Tylko w której mamy się ustawić?! Czas ucieka wraz z resztkami niewyspania. Szukając jakiejś informacji dostajemy wyczeszczu. Z daleka na tablicy Aurelia wypatrzyła nasz lot i numery rzędu stanowisk do check In-u. Jesteśmy przy trójce, a mamy 9 i 10. To kilkaset metrów w prawo! Przez tłum ciężko się przebić. Wybiegamy przed terminal i biegniemy wzdłuż ulicy. Wpadamy do środka na wysokości stanowisk Air Asia. Stajemy w kolejce. Jest podejrzanie mało ludzi, ale to dziewiątka. Po paru minutach pan z jednego ze stanowisk informuje nas, że many podejść z drugiej strony bo tu obsługują tylko grupy. Lecimy z drugiej strony i ustawiamy się w długiej kolejce wśród tłumu zdezorientowanych tak jak my ludzi. Mijają kolejne minuty, a my czujemy, że coś jest nie tak. Widzimy, że ludzie noszą jakieś naklejki na bagaż. Cholera znów nie ta kolejka. Biegniemy do stanowisk gdzie wydają naklejki na podstawie kart pokładowych. Teraz szybko wracamy i stajemy w poprzedniej kolejce. Przed nami większa grupa amerykanów. Chcieli być cwani i po chwili czekania rośli faceci polecieli do dziewiątki. Bicepsy na nic się jednak nie przydały ;) za parę minut wrócili pokornie i stanęli za nami. Przesuwamy się dość szybko wreszcie podchodzimy do stanowiska. Odprawiamy bagaż główny i biegniemy do security, gdzie prześwietlają bagaż kabinowy i sprawdzają zawartość kieszeni. Tym razem nie musieliśmy zdejmować pasków i butów. Security za nami J. Szukamy tablic wyświetlających numery bramek. Jest! 56. Maszerujemy chyba z kilometr i dochodzimy do 40. Myśleliśmy, że krajowe lotnisko Bangkoku jest mniejsze. Teraz jeszcze tylko z 800m w lewo i jest nasza bramka. Zostało 20min. Zdążyliśmy jeszcze zjeść po kanapce. Kibelek zaliczyliśmy, gdy inni pasażerowie wchodzili już na pokład.
Jest trochę wolnych miejsc. Po starcie zaczęły się wędrówki ludu. Ludzie zmieniają miejsca poprzydzielane na chybił trafił. My przesiadamy się bliżej kibelka. Lot przebiega spokojnie, ale jest na tyle krótki, że nie myślimy o śnie tylko rozpracowujemy dalszą część trasy.
Wysiadamy rękawem na lotnisku w Krabi. Tym razem nasze plecaki pojawiają się pierwsze na karuzeli. Ładujemy je na plecy i ruszamy w kierunku okienka shuttle bus. Kupiliśmy łączony bilet autobus do portu i łódź na słynną Phi Phi Island w pakiecie (koszt 490 Bth/1os – 58,80zł). Kilka metrów w lewo jest wyjście i widzimy już nasz autobus. Ruszamy gdy autobus się zapełnił. Współpasażerowie mają podobnie łączone bilety, ale płyną na różne wyspy. Po kilkunastu minutach jazdy przystajemy przed jakimś biurem? Do autobusu wsiada kobieta i facet i każą wszystkim pokazać bilety. Kobieta przechodzi wśród pasażerów i po tajsku melduje coś facetowi. Ten robi jakąś listę. Po czym po angielsku dziękują za współpracę, życzą miłego dnia i wychodzą. Jedziemy dalej. Zajeżdżamy na stację benzynową. Przecież większość jest na wakacjach to nigdzie się nie spieszy :). Jedziemy dalej. Zajeżdżamy pod kolejne biuro, ale tu każą nam wysiadać, a autobus z częścią pasażerów odjeżdża dalej. Najpierw każą pokazać nam bilety. Różowe bilety zamieniają na żółte coś tam dopisując i nic się nie dzieje. Myśleliśmy, że zaraz pojedziemy dalej. Oczywiście nikt o niczym nie informuje. Usiedliśmy pechowo na ławce obok jakiegoś wyjącego psa, któremu ptaki wyżerały z miski. Po kilku minutach mamy dość. Biuro Black Tiger sprzężone jest z restauracją obsługiwaną przez tych samych ludzi. Przesiadamy się do stolika i kupujemy śniadanie.
W końcu podstawiają busik do portu z kierowcą zachowującym się jak naćpany. Dojeżdżamy jednak spokojnie do przystani. Wchodzimy do budynku i podchodzimy do biurka, gdzie wpisują nas na listę pasażerów i wskazują dalszy kierunek. Dochodzimy do okienka, gdzie następuje kolejna wymiana biletów na karty pokładowe, które zabierają nam przed wejściem na pokład. Ja pi… co za biurokracja. Stateczek nieduży. Na pokładzie dwie ławeczki i już zajęte. Pod pokładem 2 pomieszczenia z rzędami foteli. Pierwsze klimatyzowane i tam jest największy tłum. Drugie bez Klimy i bez otwieranych okien z atmosferą jak w saunie. Zajmujemy tam miejsca i odpływamy.


 
Wysiadamy na naszej wymarzonej wyspie Phi Phi. Na dzień dobry przed zejściem na ląd opłata klimatyczna 20 bat/os (2,40zł). Włączyliśmy GPS i zaczynamy naszą wycieczkę do zabukowanego resortu. Przedzieramy się przez dziesiątki naganiaczy do lokalnych hoteli. Kurde, a miało nie być miejsc. Nie mamy mapki wyspy idziemy na podstawie Google. Mamy wątpliwości czy nie ładujemy się w podwórka resortów, ale jakoś idziemy. Przełazimy przez plac budowy i wspinamy się pod górkę. Jest gorąco
(sporo powyżej +30) i straszna wilgotność. Jesteśmy mokrzy. Chwiejemy się na nogach, ale dajemy radę. Jest nasz resort! Jednak harcerstwo się na coś przydaje ;). Wita nas uśmiechnięty personel. Meldujemy się i prowadzą nas do pokoju. Pan z obsługi zostawia nas i szybko znika, a nam miny rzedną. Hotelik z dykty, stary i brudny. Tak jedzie grzybem, że nie wyobrażam sobie tu spać. Jest na szczęście moskitiera, bo od komarów się tu roi.

Szybki prysznic. Jest tylko zimna woda, ale w tym ukropie to nawet chwila ulgi. I wychodzimy w kierunku plaży przemyśleć nieciekawą sytuacje i otrząsnąć się z przeżyć ostatnich godzin. Resort opłaciliśmy przez Internet za 4 dni z góry (850 bat/dzień 102zł). To jedna z tańszych ofert znalezionych na Agodzie. Z opinii wynikało, że jest nieźle. Rozważaliśmy jednak możliwość utraty 400zł i natychmiastowej zmiany lokum. W końcu spanie w zapleśniałej pościeli to nie jest fajne wspomnienie z wakacji. Nie chce mi się jakoś podziwiać pięknej plaży. W sumie to wcale nie jest taka piękna. Piasek jest grubo-ziarnisty z kamieniami raniącymi stopy, jest odpływ i pokazują się nieciekawe kałuże i błoto, ale najlepsze zaczyna się na niebie. Od północy widzimy ciężki granat nieba zwiastujący mega burzę. Ja pier … a miało być tak pięknie.

Załamka. Wleczemy się bez celu powłócząc nogami, pogrążeni w setkach myśli. Idziemy coś zjeść. Zaczyna lać choć to kalendarzowo pora sucha. Mamy pecha monsun nie chce odejść w tym roku. Na południu Tajlandii są nawet powodzie. Z rozpaczy zamawiam szejka oreo-bananowego. Podczas jedzenia wymyślamy rozwiązanie. Wracamy do resortu i prosimy o pokój z wyższym standardem za dopłatą. Zaproponowali nam pokój mniejszy, nie śmierdzący z Klimą zamiast moskitiery i ciepłą wodą w tej samej cenie. Nie jest źle. Jedyny problem to rój komarów. Ale na szczęście jesteśmy zapobiegliwi i mamy własną moskitierę. 

Idziemy uliczkami wysepki gęstymi od sklepików, kramików i turystów w poszukiwaniu dodatkowych środków na komary. Leje równo. Kupujemy parasol i idziemy na lody i kawę rekompensując sobie stresy dnia. Już jest lepiej :) powiało optymizmem. Dopada nas zmęczenie.