04.01.2017 środa
To już druga noc w Bangkoku, ale ciągle jeszcze czujemy
efekty przesunięcia czasowego. Wieczorem chce się wcześniej spać i mimo
długiego snu nie chce się wstać. Dziś w nocy pogryzł mnie jakiś komar. Budziłem
się z powodu swędzenia. Rano miałem nawet zapuchnięte oko. Jest już prawie 11,
a dziś umówiliśmy się na spotkanie z naszymi tajskimi przyjaciółkami w centrum
o 13. Trzeba więc się podnieść.
Tradycyjne śniadanie w stylu american breakfast w hotelowej restauracji
na świeżym powietrzu.
Szybkie ogarnięcie i w drogę do Cat Caturday Caffe to
wyjątkowa kawiarnia położona obok jednej ze stacji kolejki BTS Skytrain (stacja Ratchathewi). W
kawiarni tej rządzą koty! Ludzie muszą się podporządkować.
Koty mają tu
wyjątkowe przywileje. Nie są to byle jakie koty. Możemy tu dostrzec niespotykane
rasy. Na wejściu śluza tu zostawiamy buty i dezynfekujemy ręce przed wejściem
do środka. Widzimy koty w najróżniejszych miejscach i pozycjach.
Na krzesłach,
stołach, poduszkach do siedzenia, na podłodze i specjalnych półkach. Trzeba
uważać by któremuś nie zrobić krzywdy przez przepadek.
Na miejscu spotykamy nasze koleżanki New i Si Jest bardzo
sympatycznie. Ciekawe rozmowy i
podglądanie futrzaków powodują że czas umyka w błyskawicznym tempie.
przy mnie siedzi Si, a obok niej New
Zgłodnieliśmy trochę więc następnym punktem jest nowoczesny
foodcourt w centrum handlowym. Tu zjadamy pyszny obiad i pijemy soki z morwy oraz
marakui.
Nadszedł czas rozstania. Żegnamy dziewczyny, ale jest szansa na
ponowne spotkanie po powrocie z Laosu.
Taksówką szybko wracamy do hotelu bo zrobiło się późno, a w
programie mamy jeszcze trening na lokalnej ściance. W Bangkoku jest kilka
ścianek. Wybraliśmy typową pakernie bez komercyjnych fajerwerków w stylu
podświetlane chwyty lub imitacja skały.
Szukamy taxi, ale niestety znalezienie taxi za normalną cenę
w epicentrum turystycznym Bangkoku czyli Khao San Road jest nie możliwe.
Idziemy więc kilka ulic dalej i tu w spokoju łapiemy taxi za połowę ceny.
Ścianka jest dość daleko w ciemnej małej uliczce. Ale
atmosfera jest świetna.
Bardzo sympatyczna gromadka lokalnych mistrzów panelu.
Próbujemy razem powalczyć na kilku bulderach.
Trening był bardzo udany. Jest po
22. Wracając przechodzimy przez słynną Khao San. To mega imprezownia. Z każdego
lokalu nakładają się dźwięki rąbanek. Tłum ludzi i sprzedawców wszystkiego. Uff
jakoś przebrnęliśmy. Dochodzi 24, ale to jeszcze nie czas na spanie. Siadamy do
blogowania :-)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz