Budzimy się w środku nocy 4:15 w najładniejszym dotychczas
hotelu. Ogromny budynek jest tak nowy, że na zdjęciach Google nie ma jeszcze
nawet budowy. W pokoju unosi się zapach świeżości, a w oczy bije śnieżna biel z
każdego zakamarka. Internet śmiga lepiej niż w domu. Żal opuszczać to miejsce,
ale na dziś mamy wykupiony przelot liniami Air Asia z bangkockiego lotniska Don
Mueang do Krabi na południe kraju, gdzie chcemy się powylegiwać na tropikalnych
rajskich plażach. Z hotelu Tip Maison (950bat, 115zł) mamy 800m do lotniska,
jednak o tak wczesnej porze postanowiliśmy skorzystać z hotelowego transferu za
dodatkową opłatą 30 bat/os (3,60zł). Przed hotelem zebrała się spora grupka.
Wszyscy jadą na lotnisko. Hotel ze względu na swoje położenie jest często
wybierany przez pasażerów. Równo o 5:00 pakują nas do busika i ruszamy. Jednak
dojazd przed terminal wylotów na drugim piętrze nie jest taki łatwy. Musimy
pokonać kilka skrzyżowań, przejazd kolejowy i wjechać na wiadukt. Nie
spodziewaliśmy się o tej porze takiego korka. Liczyliśmy na szybką podwózkę bo
wylot mamy 6:40. W ostatniej chwili pokonaliśmy przejazd kolejowy przy
opuszczających się rogatkach. Wreszcie dowlekliśmy się przed terminal i
uginając się pod ciężarem plecaków wpadamy do środka. Tu dopiero zaczął się
prawdziwy koszmar. Takich tłumów jeszcze nie widzieliśmy. Okienek dziesiątki,
ale nie tak łatwo do nich podejść. Na wstępie przeglądarki bagaży do których
stoją wielkie kolejki. Tylko w której mamy się ustawić?! Czas ucieka wraz z
resztkami niewyspania. Szukając jakiejś informacji dostajemy wyczeszczu. Z
daleka na tablicy Aurelia wypatrzyła nasz lot i numery rzędu stanowisk do check
In-u. Jesteśmy przy trójce, a mamy 9 i 10. To kilkaset metrów w prawo! Przez
tłum ciężko się przebić. Wybiegamy przed terminal i biegniemy wzdłuż ulicy.
Wpadamy do środka na wysokości stanowisk Air Asia. Stajemy w kolejce. Jest
podejrzanie mało ludzi, ale to dziewiątka. Po paru minutach pan z jednego ze
stanowisk informuje nas, że many podejść z drugiej strony bo tu obsługują tylko
grupy. Lecimy z drugiej strony i ustawiamy się w długiej kolejce wśród tłumu
zdezorientowanych tak jak my ludzi. Mijają kolejne minuty, a my czujemy, że coś
jest nie tak. Widzimy, że ludzie noszą jakieś naklejki na bagaż. Cholera znów
nie ta kolejka. Biegniemy do stanowisk gdzie wydają naklejki na podstawie kart
pokładowych. Teraz szybko wracamy i stajemy w poprzedniej kolejce. Przed nami
większa grupa amerykanów. Chcieli być cwani i po chwili czekania rośli faceci
polecieli do dziewiątki. Bicepsy na nic się jednak nie przydały ;) za parę
minut wrócili pokornie i stanęli za nami. Przesuwamy się dość szybko wreszcie
podchodzimy do stanowiska. Odprawiamy bagaż główny i biegniemy do security,
gdzie prześwietlają bagaż kabinowy i sprawdzają zawartość kieszeni. Tym razem
nie musieliśmy zdejmować pasków i butów. Security za nami J. Szukamy tablic
wyświetlających numery bramek. Jest! 56. Maszerujemy chyba z kilometr i
dochodzimy do 40. Myśleliśmy, że krajowe lotnisko Bangkoku jest mniejsze. Teraz
jeszcze tylko z 800m w lewo i jest nasza bramka. Zostało 20min. Zdążyliśmy
jeszcze zjeść po kanapce. Kibelek zaliczyliśmy, gdy inni pasażerowie wchodzili
już na pokład.
Jest trochę wolnych miejsc. Po starcie zaczęły się wędrówki
ludu. Ludzie zmieniają miejsca poprzydzielane na chybił trafił. My przesiadamy
się bliżej kibelka. Lot przebiega spokojnie, ale jest na tyle krótki, że nie
myślimy o śnie tylko rozpracowujemy dalszą część trasy.
Wysiadamy rękawem na lotnisku w Krabi. Tym razem nasze
plecaki pojawiają się pierwsze na karuzeli. Ładujemy je na plecy i ruszamy w
kierunku okienka shuttle bus. Kupiliśmy łączony bilet autobus do portu i łódź
na słynną Phi Phi Island w pakiecie (koszt 490 Bth/1os – 58,80zł). Kilka metrów
w lewo jest wyjście i widzimy już nasz autobus. Ruszamy gdy autobus się
zapełnił. Współpasażerowie mają podobnie łączone bilety, ale płyną na różne
wyspy. Po kilkunastu minutach jazdy przystajemy przed jakimś biurem? Do
autobusu wsiada kobieta i facet i każą wszystkim pokazać bilety. Kobieta
przechodzi wśród pasażerów i po tajsku melduje coś facetowi. Ten robi jakąś
listę. Po czym po angielsku dziękują za współpracę, życzą miłego dnia i
wychodzą. Jedziemy dalej. Zajeżdżamy na stację benzynową. Przecież większość jest
na wakacjach to nigdzie się nie spieszy :).
Jedziemy dalej. Zajeżdżamy pod kolejne biuro, ale tu każą nam wysiadać, a
autobus z częścią pasażerów odjeżdża dalej. Najpierw każą pokazać nam bilety.
Różowe bilety zamieniają na żółte coś tam dopisując i nic się nie dzieje. Myśleliśmy,
że zaraz pojedziemy dalej. Oczywiście nikt o niczym nie informuje. Usiedliśmy
pechowo na ławce obok jakiegoś wyjącego psa, któremu ptaki wyżerały z miski. Po
kilku minutach mamy dość. Biuro Black Tiger sprzężone jest z restauracją
obsługiwaną przez tych samych ludzi. Przesiadamy się do stolika i kupujemy
śniadanie.
W końcu podstawiają busik do portu z kierowcą zachowującym się jak naćpany. Dojeżdżamy jednak spokojnie do przystani. Wchodzimy do budynku i podchodzimy do biurka, gdzie wpisują nas na listę pasażerów i wskazują dalszy kierunek. Dochodzimy do okienka, gdzie następuje kolejna wymiana biletów na karty pokładowe, które zabierają nam przed wejściem na pokład. Ja pi… co za biurokracja. Stateczek nieduży. Na pokładzie dwie ławeczki i już zajęte. Pod pokładem 2 pomieszczenia z rzędami foteli. Pierwsze klimatyzowane i tam jest największy tłum. Drugie bez Klimy i bez otwieranych okien z atmosferą jak w saunie. Zajmujemy tam miejsca i odpływamy.
W końcu podstawiają busik do portu z kierowcą zachowującym się jak naćpany. Dojeżdżamy jednak spokojnie do przystani. Wchodzimy do budynku i podchodzimy do biurka, gdzie wpisują nas na listę pasażerów i wskazują dalszy kierunek. Dochodzimy do okienka, gdzie następuje kolejna wymiana biletów na karty pokładowe, które zabierają nam przed wejściem na pokład. Ja pi… co za biurokracja. Stateczek nieduży. Na pokładzie dwie ławeczki i już zajęte. Pod pokładem 2 pomieszczenia z rzędami foteli. Pierwsze klimatyzowane i tam jest największy tłum. Drugie bez Klimy i bez otwieranych okien z atmosferą jak w saunie. Zajmujemy tam miejsca i odpływamy.
Wysiadamy na naszej wymarzonej wyspie Phi Phi. Na dzień
dobry przed zejściem na ląd opłata klimatyczna 20 bat/os (2,40zł). Włączyliśmy
GPS i zaczynamy naszą wycieczkę do zabukowanego resortu. Przedzieramy się przez
dziesiątki naganiaczy do lokalnych hoteli. Kurde, a miało nie być miejsc. Nie
mamy mapki wyspy idziemy na podstawie Google. Mamy wątpliwości czy nie ładujemy
się w podwórka resortów, ale jakoś idziemy. Przełazimy przez plac budowy i
wspinamy się pod górkę. Jest gorąco
(sporo powyżej +30) i straszna wilgotność. Jesteśmy mokrzy. Chwiejemy się na nogach, ale dajemy radę. Jest nasz resort! Jednak harcerstwo się na coś przydaje ;). Wita nas uśmiechnięty personel. Meldujemy się i prowadzą nas do pokoju. Pan z obsługi zostawia nas i szybko znika, a nam miny rzedną. Hotelik z dykty, stary i brudny. Tak jedzie grzybem, że nie wyobrażam sobie tu spać. Jest na szczęście moskitiera, bo od komarów się tu roi.
(sporo powyżej +30) i straszna wilgotność. Jesteśmy mokrzy. Chwiejemy się na nogach, ale dajemy radę. Jest nasz resort! Jednak harcerstwo się na coś przydaje ;). Wita nas uśmiechnięty personel. Meldujemy się i prowadzą nas do pokoju. Pan z obsługi zostawia nas i szybko znika, a nam miny rzedną. Hotelik z dykty, stary i brudny. Tak jedzie grzybem, że nie wyobrażam sobie tu spać. Jest na szczęście moskitiera, bo od komarów się tu roi.
Szybki prysznic. Jest tylko zimna woda, ale w tym ukropie to
nawet chwila ulgi. I wychodzimy w kierunku plaży przemyśleć nieciekawą sytuacje
i otrząsnąć się z przeżyć ostatnich godzin. Resort opłaciliśmy przez Internet
za 4 dni z góry (850 bat/dzień 102zł). To jedna z tańszych ofert znalezionych
na Agodzie. Z opinii wynikało, że jest nieźle. Rozważaliśmy jednak możliwość
utraty 400zł i natychmiastowej zmiany lokum. W końcu spanie w zapleśniałej
pościeli to nie jest fajne wspomnienie z wakacji. Nie chce mi się jakoś
podziwiać pięknej plaży. W sumie to wcale nie jest taka piękna. Piasek jest grubo-ziarnisty
z kamieniami raniącymi stopy, jest odpływ i pokazują się nieciekawe kałuże i
błoto, ale najlepsze zaczyna się na niebie. Od północy widzimy ciężki granat
nieba zwiastujący mega burzę. Ja pier … a miało być tak pięknie.
Załamka. Wleczemy się bez celu powłócząc nogami, pogrążeni w
setkach myśli. Idziemy coś zjeść. Zaczyna lać choć to kalendarzowo pora sucha.
Mamy pecha monsun nie chce odejść w tym roku. Na południu Tajlandii są nawet
powodzie. Z rozpaczy zamawiam szejka oreo-bananowego. Podczas jedzenia
wymyślamy rozwiązanie. Wracamy do resortu i prosimy o pokój z wyższym
standardem za dopłatą. Zaproponowali nam pokój mniejszy, nie śmierdzący z Klimą
zamiast moskitiery i ciepłą wodą w tej samej cenie. Nie jest źle. Jedyny
problem to rój komarów. Ale na szczęście jesteśmy zapobiegliwi i mamy własną
moskitierę.
Idziemy uliczkami wysepki gęstymi od sklepików, kramików i
turystów w poszukiwaniu dodatkowych środków na komary. Leje równo. Kupujemy
parasol i idziemy na lody i kawę rekompensując sobie stresy dnia. Już jest
lepiej :)
powiało optymizmem. Dopada nas zmęczenie.








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz