11.01.2017 śr
Thakhek to stolica prowincji Khammouan zamieszkiwana przez
26 tyś osób. Thakhek leży nad Mekongiem przez którego środek przebiega granica z
Tajlandią. Nabrał większego znaczenia w momencie otwarcia kolejnego tzw. mostu przyjaźni spinającego
dwa brzegi rzeki na którym utworzono przejście graniczne. Po stronie tajskiej
naprzeciwko Takheku leży miasteczko Nakhom Phanom. Tu właśnie przekraczaliśmy
granicę w niedzielę i mamy podobne plany w drodze powrotnej. Do Thakheku
docieramy komfortowo klimatyzowanym busikiem zorganizowanym przez nasz Camp
czyli Green Climbers Home i oklejony wyraźnym logiem. W recepcji jest wyłożony zeszyt do którego mogą wpisywać
się chętni na przejazd podając dzień, godzinę i numer bungalowa. Dzięki temu
jedziemy wspólnie w 4 osoby dzieląc koszty (koszt przejazdu busikiem do
miasteczka to 100000 Kip 50zł). Miasteczko oddalone jest o 12 km. Słynie z
postkolonialnej zabudowy i stanowi dobrą bazę wypadową do pobliskich licznych
jaskiń i górskich wiosek.
najpopularniejszy hotel w mieście - Inhira 3* - aktualny koszt noclegu na booking com 110zł za pokój
Mamy kilka planów. Chcemy kupić i wysłać kilka obiecanych
widokówek, oraz dokupić trochę jedzenia na drugie śniadanie, które
przygotowujemy sobie sami. Kierowca wysadza nas w ścisłym centrum nieopodal
rzeki i umawia się na godzinę powrotną.
Dostrzegamy kilka osób z naszego obozowiska, które dotarły
zapewne stopem. Słońce dość mocno przypieka, nakładamy od razu coś na głowę i
ruszamy wzdłuż głównej ulicy.
Maszerujemy podziwiając specyficzną zabudowę nadającą miasteczku
klimat przypominający filmy z czasów wojny w Wietnamie.
Klimat ten nieco psuje masa nowoczesnych potężnych samochodów najczęściej marki Toyota.
Dostrzegamy nawet sportową wersję Mercedasa w kolorze żółtym! Myśleliśmy, że to
biedny kraj. Mijamy kolejne sklepy i
uliczne stragany, ale nie możemy znaleźć interesujących nas towarów.
kiść bananów to koszt 5000Kip 2,50zł
Po drodze odwiedzamy sklep ogrodniczy, z nieznanymi nam
odmianami storczyków. Radość Aurelii jest większa niż z przejścia 6a ;)
Wchodzimy do kolejnych sklepików z artykułami spożywczymi,
ale nigdzie nie ma pieczywa!
Nie ma też żadnych widokówek. W końcu trafiamy na
pocztę. W gablotce za szybą widzimy stosik widokówek, ale niestety nikt nie ma
do niej kluczyka. Każą nam wrócić za 1,5h. Idziemy więc na sok z kokosa.
koszt za 1 szt 8000-10000Kip 4-5zł
A trochę później do restauracji w hotelu Inhira na pyszną kawę i jogurt.
Stolik przy którym siedzimy przed hotelem jest świetnym punktem obserwacyjnym,
nudnego życia w mieście.
Leniwie mijają
minuty. Pora ruszać na pocztę. Mamy kawałek do przejścia. Niektórzy sklepikarze
uśmiechają się do nas widząc nas już dziś po raz trzeci. Na poczcie już wiedzą
po co przyszliśmy, ale nie ma jeszcze człowieka z kluczem. Trochę przedłużył
sobie przerwę. Siadamy z boku przy stoliku i popijamy kolejnego kokosa
kupionego na pobliskim straganie. Wreszcie otwierają gablotkę. Łapiemy w
pośpiechu stertę kartek i przeżywamy rozczarowanie. Wszystkie przedstawiają
zdjęcie mostu przyjaźni nad Mekongiem w szaro-burych kolorach. Trudno
obiecaliśmy kartki z Laosu, a skoro innych nie ma kupujemy kilka. Przynajmniej
znaczki są duże i kolorowe przedstawiające słonia - najpopularniejsze zwierzę w
Laosie. Nieco rozczarowani Thakhekiem wracamy do punktu w którym umówiliśmy się
na powrót.
Co do jedzenia to lepiej jechać na dworzec autobusowy, bo tam
sprzedają małe bagietki po 5 szt w paczce za 10000 Kip – 5zł oraz serek topiony
po 8 szt w pudełku ceny dokładnej nie pamiętamy.

















Widać nowe samochody. Partia musiała poluzować i nie broni ortodoksyjnie socjalizmu. Na ulicy można sprzedawać. OK. Tylko zbrodniarz Che na samochodzie podnosi ciśnienie.
OdpowiedzUsuń