Wczorajszy dzień minął pod znakiem walki z jetlagiem. Trzeba
wytrwać bez snu do wieczora. Tylko tak można zapewnić sobie szybką aklimatyzację
do zmiany czasu. Było ciężko. Momentami spaliśmy na jawie. Mieliśmy kłopoty z
wykonaniem w głowie najprostszych rachunków i logicznym myśleniem. Telefon
wypadał mi z rąk przy pisaniu wiadomości - mikro-przyśnięcia.
Wreszcie nadeszła chwila legalnego snu. Już dawno nie
zasypiałem w tak rekordowym tempie. Obudziłem się o 3 w nocy totalnie
zakręcony. Aurelia zostawiła światło w łazience. Myślałem, że to już dzień
tylko zegarka nie przedstawiłem. Za chwilę zabrzęczał telefon. To dobijał się
ktoś z Polski. Zapomniałem wyłączyć dzwonków. Pomimo 12 godzin snu wstałem
zmęczony.
Schodzimy do hotelowej restauracji na śniadanie „kontynentalne”.
Nie lubię tych śniadań za bardzo. Nie są tanie i jeszcze składają się z
grzanek, tłustego boczku, małej jajecznicy, paróweczek i dżemu. Do tego kawa
lub herbata i jakiś sok do wyboru. Koszt zestawu 130Bth - 15,60zł, ale cóż tak jest łatwo
i szybko.
Hotelowa restauracja
Dziś chcemy dotrzeć na Północny dworzec autobusowy kupić bilety do
laotańskiej granicy żeby wyruszyć wieczorem w sobotę. Poza tym do dworca chcielibyśmy
dojechać lokalną, miejską komunikacją autobusową co nie należy do łatwych
zadań, ale daje satysfakcje i jest tanie. Musimy więc rozpykać działanie sieci
połączeń. W internecie znaleźliśmy interesujące trasy. Najbardziej
zainteresowała nas linia nr3. Zlokalizowaliśmy przystanek i w drogę. Jedziemy
autobusem bez klimy z drewnianą podłogą. Rozglądamy się za osobą zbierającą
opłaty. Tym razem jej nie ma. Pytamy kierowcę – rozkłada ręce. Po 40 minutach
docieramy za darmo na dworzec – to końcowy przystanek. Wysiadamy przed jakimś ryneczkiem. Tylko gdzie
dalej? Wysiadają wszyscy, ale idą w dwie
różne strony. Poszliśmy w tą niewłaściwą i zawędrowaliśmy na dworzec, a
właściwie pętlę lokalnych autobusów. Cofamy się i trafiamy z powrotem przed
kramiki i ryneczek. Tylko nie widzimy tego super dworca. Ładuję się w ryneczek,
Aurelia wrzeszczy, że przecież nie tam. Pcham się w jakieś zadaszone alejki.
Skręcam w lewo i w prawo. Już sam zaczynam wątpić. Nagle jest! Widzę jakieś wielkie
autobusy. Znaleźliśmy. Tylko, że to połowa sukcesu. Teraz trzeba kupić bilet, a
więc znaleźć okienko kasowe. W sumie to widzimy okienka, tylko, że jest ich
dziesiątki i na każdym małymi literkami
jest wypisany kierunek. Poza tym przed okienkami stoją panie naganiaczki do ich
okienek. A my szukamy odpowiedniego autobusu tzw VIP busa. W końcu ktoś
podpowiada, że mamy wejść na piętro. Tu niestety historia się powtarza. Widzimy
dziesiątki okienek i kilku białych turystów z obłędem w oczach krążących między
okienkami tak jak my. To jakaś paranoja. Monty Pyton w realu. W końcu udaje się
nam dotrzeć do informacji pytamy o nasz autobus, a pani z uśmiechem wskazuje
nam biuro za naszymi plecami.
nasze biuro jest podświetlone na pomarańczowo:)
Kupujemy bilety do Nakohom Phanom na autobus VIP z toaletą w środku i miejmy
nadzieję, że siedzenia będą choć na wpółleżące (bilety kosztowały 746Bth - 90zł od
osoby).
Po udanej batalii udajemy się do autobusowego food courtu.
Jest to coś na kształt naszych barów mlecznych. U pani w budce wymieniasz
pieniądze na kupony i nimi płacisz, gdy
wybierzesz sobie jedzenie. Z reguły jest kilka restauracji w których możesz
wybierać dania. Ceny w takich miejscach są z reguły niższe, akurat tutaj
kształtowały się od 30 do 40 Bth - 3,60 zł do 4,80zł za jedno danie. A pro po ciekawostek toalety na dworcu są darmowe i nawet całkiem czyste. Poza tym na dworcu jest wszystko: przechowalnia bagażu, sklepy, kawiarnie, a nawet automat sprzedający t-shirty niczym coca-colę :)
pani w budce za Rafałem wymienia kasę na kupony
Po jedzonku wracamy do naszej dzielnicy. Wsiadamy w autobus nr
3 i po ok. 40 minutach jesteśmy przy Khao San Road .Tym razem autobus jest klimatyzowany, podłoga pokryta linoleum i pani kasująca za przejazd też jest i od razu kasuje kwotę 18Bth - 2.16zł za os wydając nam skasowany bilet.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz