wtorek, 24 stycznia 2017

podsumowanie pobytu w Green Climbers Home



20.01.17 pt
Niestety dobiegł końca nasz pobyt w Green Climbers Home (GCH). Były to niesamowite 2 tygodnie (dokładnie 13 nocy).
O naszych początkowych obawach i frustracjach zapomnieliśmy już następnego dnia :). Prawdopodobnie to czarnowidztwo było związane  z dużym zmęczeniem po całonocnej podróży i obawami drzemiącymi w podświadomości.
Naszym podstawowym celem była wspinaczka na ścianach wokół GCH.
Na długo przed przyjazdem rozważaliśmy wariant mieszkania w pobliskim Takheku, wypożyczeniu skutera i codziennych dojazdach do GCH. Powody takiego rozwiązania były co najmniej dwa. Po pierwsze dzięki temu miało by być taniej, a po drugie moglibyśmy poczuć klimat Laosu i łatwiej zagospodarować dni restowe.
Jest jednak pewien problem. Nie mogę jeździć na jednośladach z powodu problemów z równowagą po utracie błędnika. W grę wchodziła tylko opcja, że jeździmy na skuterze we dwójkę z plecakami, a kierowcą jest Aurelia. Aurelia zdecydowała się początkowo podjąć to wyzwanie i jeszcze latem rozpoczęła naukę jazdy na skuterze pod okiem doświadczonego kolegi. Jednak po dwukrotnym pocałowaniu asfaltu, wjechaniu w budynek i wylądowaniu w psiej kupie. Zakończyła przygodę.
Pogodziliśmy się więc z opcją dwutygodniowego pobytu w GCH w najbardziej komfortowym wariancie mieszkania w bungalowie z prywatną łazienką.
Dni restowe (odpoczynku od wspinania) minęły niezauważenie. W tym czasie odwiedziliśmy dżunglę, 2 jaskinie i byliśmy jeden raz w Takhek. Thakhekiem poczuliśmy się rozczarowani. Mieliśmy między innymi zamiar zrobić małe zakupy żywieniowe. Maszerowaliśmy kilkaset metrów kilka razy wzdłuż głównej ulicy i nie znaleźliśmy żadnego pieczywa (np. bagietka), serków topionych itp. Takie „rarytasy” były tylko na dworcu autobusowym, niestety oddalonym bardzo od centrum na którym wylądowaliśmy w dniu przyjazdu. Poza kolonialną skromną architekturą nie zauważyliśmy żadnych atrakcji w mieście. Mieliśmy nawet problem z kupnem widokówek o które prosili znajomi. W końcu wywalczyliśmy je na poczcie, gdzie zaginął klucz do gablotki. Któryś z pracowników wyniósł go do domu. Wszystkie kartki przedstawiały jeden motyw, granicznego mostu przyjaźni i wyglądały jak zdjęcia zrobione komórką z przed 15 lat. Ceny towarów niestety nie były niskie.
GCH – jest jak enklawa Europy w środku dżungli. Składa się z 2 obozów umieszczonych w odległości kilkuset metrów. Kamp nr 2 znajduje się niedaleko drogi głównej, a w głębi Kamp nr 1 na którym mieszkamy.

 
 Zapominamy, że jesteśmy w Azji. Znajdujemy tu wszystko czego potrzebujemy i jest świetna niemalże rodzinna atmosfera. Właściciele Tania i Uli są bardzo sympatyczni. Zawsze uśmiechnięci służą radą i pomocą. 

 Tania i Uli wspinali sie w tamtym roku w Podlesicach

Ściągający tu wspinacze reprezentują różne kraje. Wszyscy są życzliwi i otwarci i zdyscyplinowani. Łatwo nawiązać rozmowy i posłuchać opowieści o wspinaniu na drugim końcu świata. Wszystkich łączy bar zintegrowany z recepcją i dużą powierzchnią jadalno-wypoczynkową zajmujący centralną pozycję na kampie, gdzie wszyscy spotykamy się przynajmniej 2 razy dziennie w porze śniadania i wieczornej obiadokolacji i gdzie z głośników płynie miła zachodnia muzyka.


 Brak Internetu sprzyja kontaktom. Internet można mieć, dzięki kupionej Laotańskiej karcie sim (dostępna na Kampie), ale i tak zasięg zaczyna się poza terenem Kampu nr 1.  Szczerze mówiąc to w dni restowe niechętnie się  stąd ruszamy. Jedzenie było dobre, a porcje jak dla nas rozsądne. Wieczorną obiadokolację często zamawialiśmy jedną na naszą dwójkę. Koszty jedzenia wyszły nam niespodziewanie niskie ok. 100zł/dzień/2os, ale przyznajemy, że nie mamy dużych potrzeb i podeszliśmy do tematu oszczędnie. 

 jednego wieczoru zaserwowano nam schabowy z pieczonymi ziemniaczkmi

Zaprzyjaźniliśmy się z Malezyjczykami. Przesympatycznym Murray-em 21 letnim  wspinaczem atakującym drogi 8a+ oraz jego nauczycielem 50 letnim Thong-iem przewodnikiem wysokogórskim pokonującym drogi 7a.

 Murray na 7a Sound of Music


Na Kampie funkcjonuje system zeszycików przypisanych numerem do człowieka lub bungalowu. W zeszycikach obsługa zapisuje wszystkie nasze zamówienia, a rozliczenie następuje na końcu. Trochę obawialiśmy się takiego podejścia i również notowaliśmy koszty tym bardziej, że zaglądając do naszego zeszycika widzieliśmy w nim chaos. Na koniec okazało się jednak, że rachunki są precyzyjne.


 Wspinanie. Większość sektorów wspinaczkowych jest rozlokowana w bezpośrednim sąsiedztwie bungalowów (odległość 3-10min spacerkiem) w większości bez żadnego podejścia. To chyba jedna z największych zalet. Skały w miejscach dróg są rzetelnie oczyszczone z kruszyny i roślinności. Niezależnie od stopnia trudności nie spotkaliśmy tu tzw. rzęchów. 


 w dalszych sektorach postawiono toaletę - obok w beczce jest woda do spłukiwania jest czysto i schludnie

 Większość dróg przebiega w niecodziennych formacjach obfitujących w tufy, stalaktyty i wszelkiej maści nacieki. 



Tego typu wspinaczki określa się często mianem 3D z uwagi na możliwość wystąpienia chwytów lub stopni w całej otaczającej nas przestrzeni. Niejednokrotnie piąłem się w przewieszeniu z zaciśniętymi zębami i początkami telegrafu bo nie zauważyłem potężnego stalaktytu wiszącego za plecami o który w końcu omal nie rozbiłem głowy. 

 Frechdachs 6B+

Wspinanie przez to staje się bardzo techniczne i wymaga wyrobienia nowych nawyków. Obfitują tu przewieszenia, które na łatwych drogach są często pozorne.


Patrząc z dołu można się przerazić.


 Ale bywają łatwe drogi podcięte od dołu gdzie gorzej radzący sobie z drążkiem będą mieli trochę gimnastyki. Skała ma dość dobre tarcie i często szary kolor. Obicie jest dość dobre. Choć są drogi gdzie pierwsza wspinka mogła by być niżej. Jako punkty asekuracyjne często wykorzystuje się stałe pętle. Typowe stanowisko to dwa spity połączone pętlą i mały stalowy karabinek w jednym ze spitów. Bywa, że lekko przetarty. Na drogach w wielkich okapach wiszą stałe ekspresy oznaczone w przewodniku „fixed draws” co bardzo ułatwia wspinanie i zachęca do prób. 


Dżungla. Z przyrodą nie jest tak strasznie. Tylko raz spotkaliśmy pod skałą węża więc nie zawadzi być czujnym. Warto też zajrzeć do buta przed wepchnięciem tam stopy. Poza tym jedyne zaobserwowane  zwierzaki to kozy, krowy i motyle. Fragmenty skał, gdzie nie ma dróg porasta bujna roślinność. Szczególnie widowiskowe liany. Na drogach jest wiele dziur o różnej głębokości, które aktywnie wykorzystuje się przy wspinaniu. Jednak wizja siedzącego tam węża, skorpiona, czy tarantuli stosunkowo szybko nam minęła. Nie zdarzyło nam się i nie słyszeliśmy. Jest kilka sektorów położonych w głębi dżungli do których nie dotarliśmy.

 modliszka akurat robiła sobie spacerek w naszej restauracji
 
Pogoda. Choć bywa gorąco to jednak klimat jest tu trochę łagodniejszy. Ponoć trafiliśmy na wyjątkowe upały o tej porze, a pomimo to rano i wieczorem bywało chłodno. Sweterki i polary poszły w ruch. 

Bywały dni, że wspinaliśmy się nawet w środku dnia w słońcu, czego nie dało się w kwietniu na Kalymnos. Niemal co noc strasznie wiało trzęsąc naszym bungalowem przez co gorzej się spało.


Widzieliśmy też sporo wspinaczy dojeżdżających (zapewne z Takhek) na skuterach. 


Wysoko oceniamy GCH i jesteśmy pełni podziwu dla twórców. Zadbali tu niemal o wszystko. Zainteresowanych odsyłamy do świetnego FAQ na ich stronie. Takhek to chyba obecnie najlepsze miejsce do wspinania w Azji Pd-Wsch. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz