17.01.17 wt
Dziś dzień odpoczynku od wspinania postanawiamy więc zrobić
wycieczkę do kolejnej jaskini, która znajduje się w zasięgu pieszej wędrówki.
Jest ona oddalona od naszego kampu ok. 5 km. Pogoda nie jest upalna, niebo lekko
zachmurzone. Bierzemy zapas wody i wyruszamy. Wychodzimy na asfaltową drogę
główną nr 12 wiodącą od granicy z Tajlandią w kierunku Wietnamu. Nie jest lekko
droga jest bardzo ruchliwa, a pobocze mizerne. Co chwilę mija nas tir lub jakiś
dostawczak. Terenowe Toyoty pędzą na tej drodze jak szalone. Co jakiś czas mija
nas też songweth, taki zbiorczy busik, który zbiera ludzi po drodze i za
niewielką opłatą podwozi. Myślimy o takim podwiezieniu w drodze powrotnej, a na
razie maszerujemy. Rafałowi kilkukrotnie przejeżdżający tir zwiał czapkę z
głowy i muszę ją gonić. Często musimy schodzić z drogi osuwając się lekko w
dół. Mijamy kilka zbudowań, o bardzo różnym standardzie. Z jednych pięknych
otynkowanych i pomalowany domostw wydobywa się zachodnia muzyka, a inne
drewniane ledwo się kupy trzymają.
Tak w końcu po 1,5
godz. docieramy do tablicy informującej o jaskini - 3km w prawo. Normalnie lekka
załamka, ale się nie poddajemy w końcu już tyle przeszliśmy. Schodzimy z drogi,
a tu z pobliskiego budynku wyskakuje chłopak i macha biletami (koszt 30000
Kip/1os – 15zł). Kupujemy bilety, pytam kolesia czy do jaskini rzeczywiście są
3 km. Coś tam duka i pokazuje na palcach krzyżyk. Pomyśleliśmy, że może pół
palca = pół kilometra. I rzeczywiście po jakiś 700m widać już jaskinię.
Pokazujmy bilety i wchodzimy. Jaskinia jest bardzo duża.
Cała oświetlona tak, że nie powstydziłby się najlepszy klub nocny ;)
Ponadto cała jaskinia poprzecinana jest betonowymi
chodniczkami z balustradami i schodami.
W jaskini nie może zabraknąć ołtarzyków.
Widzimy również w wielu miejscach różnej wielkości kopczyki
z kamieni. Domyślamy się, że to rodzaj modlitwy.
Po przejściu kilku komnat z bogatymi naciekami trafiamy na
mostki i łódki, nikogo przy nich nie ma, ale nie ma też wioseł. Zapewne przepłynięcie łodzią to dodatkowa
opłata. Znikająca za zakrętem oświetlona podziemna rzeczka jest kusząca.
W końcu po pół godzinie wychodzimy, siadamy sobie jeszcze na
chwilę w otaczającym jaskinię parku żeby coś przegryźć. W tym czasie przed
jaskinię zajechało 5 toyot w każdej pełno ludzi, a ich paki były całkowicie
załadowane zapewne na piknik.
W końcu udajemy się do drogi głównej i tu akurat znajduje
się przystanek autobusowy co nas bardzo ucieszyło, bo łatwiej zatrzymać
samochód. Zaczynamy łapać stopa. Po 15 minutach machania w eter nawet songweth
nas olał i sobie pojechał, postanawiamy wracać z buta. Tak się zawzięliśmy że 4
km pokonaliśmy w 45min. Droga była mocno upierdliwa.
Jak zobaczyliśmy zabudowania naszego kempingu to zaraz się
nam raźniej zrobiło. Ogółem na liczniku wyszło nam prawie 12 km nóżki lekko nam
odpadały. Załapaliśmy się jeszcze na ostatnie soczki w porze lunchu.









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz