07-08.01.2017
Ostatni dzień w Mieście Aniołów (jedna z nazw Bangkoku)
przed wyjazdem do Laosu. Autobus nocny kategorii VIP mamy 20:30 ale do 12
trzeba się wyczekałtować z pokoju. Ranek po śniadaniu upływa pod znakiem
pakowania plecaków. Oddajemy główne bagaże na przechowanie w hotelowej
przechowalni, a potem siedzimy przy stoliku w hotelowej restauracji pod gołym
niebem. Przez Internet rezerwujemy hotel w pobliżu lotniska Don Muang w
Bangkoku na dzień przylotu z Laosu. Odwiedziliśmy biuro tanich linii lotniczych
AirAsia koło Kao San Road. Chcieliśmy oficjalnego potwierdzenia kupionych
biletów na powrót z Laosu (dokładnie z przygranicznego Nakhom Phanom) bo choć
zapłaciliśmy za nie kartą jeszcze w Polsce to nie dostaliśmy żadnego
potwierdzenia i nie mieliśmy pewności czy nie zostaliśmy oszukani. Pani w
biurze potraktowała nas bardzo miło i po 5min wyszliśmy z papierowym
potwierdzeniem.
Rozmieniamy dolary na laotańskie kipy w jedynym kantorze w
pobliżu, który prowadzi sprzedaż tej waluty. Kurs nie najgorszy. Chcę wymienić
50$ podałem jednak banknot 100$ ponieważ nie miałem drobniejszych, ale niestety
odmówiono mi. Musiałem wymienić całe 100$. Dostałem 800.000 Kip w banknotach o
różnych nominałach i to jeszcze napisanych z jednej strony dziwnymi znaczkami
zamiast znanych cyfr. Po kilkuminutowej próbie przeliczenia odpuściłem. Wierzę,
że mnie nie oszukali. Najpierw jemy obiad na naszej ulicy Soi Rambuttri po 50Bth -6zł za sztukę
- kurczak słodko-kwaśny oraz ryż smażony z warzywami i kurczakiem ślinka leci
Poszliśmy na kawę i ciastko do jednej z klimatyzowanych
kawiarń w stylu zachodnim, które położone są przy rogu ulic Phra Athit i Phra
Sumen.
Na klimę trzeba bardzo uważać. Wczoraj zaczęło mnie nawet
drapać w gardle. Na szczęści duża dawka vit C pomogła. Daje ona chwilę
wytchnienia w upale, który dziś jest szczególnie odczuwalny pewnie przez
podwyższoną wilgotność. Pocimy się jak szczury ;) które dziś widzieliśmy kilka
razy w hotelowej restauracji. Przemykały pod ścianami tuż obok nóg
nieświadomych klientów :).
Wracamy do hotelu, zabieramy bagaże i zdążamy w kierunku
najbliższego przystanku na Phra Athit. Do dworca Mochit mamy zamiar dojechać
autobusem miejskim nr 3. Jest dopiero 17, ale tania przeprawa może zabrać
trochę czasu. Zaczyna się wzmożony ruch i korki. Powroty ze szkół i z pracy.
Sporo ludzi na ulicach. Do przystanku podjeżdżają różne numery tylko nie nasz.
Czają się też taxi przejeżdżając bardzo wolno przy przystanku. Wiemy, że nie chcą jechać na licznik i życzą
sobie 200bat (24zł) więc nie korzystamy. W końcu podjeżdża nr 3. Wskakujemy.
Trafiliśmy na starszy model bez klimatyzacji za to z pootwieranymi na oścież
oknami. Zauważyliśmy, że w takich autobusach nie pobierają opłat. Jedziemy za
free. Aurelia siada na wolnym miejscu, a dookoła niej obstawiamy swoje plecaki.
Problemem jest jedynie pęd powietrza uderzający w twarz zza okna. Chustka na
głowę i daje radę :).
Po 45min jazdy, korek się wzmaga. Utknęliśmy na obrzeżach
parku ChatuChak. To dzień weekendowy w tym czasie działa targ w parku, jeden z
największych w Bangkoku. Wydaje nam się, że utknęliśmy na dobre. Mijają minuty,
a my przesuwamy się po 5 metrów.
W końcu przebrnęliśmy najgorszy fragment i z
rajdową prędkością próbujemy nadrobić stracony czas . W końcu zajeżdżamy na
Mochit jest już 18,40. Naszego autobusu długo jeszcze nie ma, czekamy grzecznie
przy stanowisku 8, po 20 się pojawia nasz Vip Bus, który ma nazwę Vip wypisaną
na szybie. Jakiś podstarzały ten nasz autobus i mówią nam, że to ten właśnie
jedzie do Nakhom Phanom. Ładujemy bagaże do malutkiego bagażnika i wsiadamy. Autobus
jest piętrowy. My mamy miejsca na parterze. Zasiadamy w super komfortowych fotelach.
Jesteśmy jedynymi białymi. Przed naszymi twarzami jest 30” LCD, a nad głowami
głośniki. Trochę przeraziła nas ta wizja, ale na szczęście całą trasę był
wyłączony. Klima wieje na maksa, trochę ją skręcamy, przy czym jedna pani się
już niepokoi, że grzebię przy regulacji klimy. Jak się okazało każdy współpasażer
otrzymał koc (zafoliowany).
Ruszamy o 20.50 po pół godz. dostajemy ciepłą
kolację i paczuszkę z soczkiem, ciasteczkiem, kubeczkiem, porcją neski, nawet
śmietanka i cukier! :) W autobusie jest czynne miniaturowe wc, ale korzystanie w
warunkach jazdy polecam tylko desperatom ;)
Poubierani i opatuleni jedziemy nawet w miarę drzemiąc. Jedyne
hałasy to dźwięk silnika oraz chelrchlająca, rzygająca i spluwająca baba za
nami.
08.01.2017 Nakhom Phanom.
Dojechaliśmy ok. 7.50 od razu wchodzimy do
budynku, a tu z głośników bardzo głośno nadają jakąś pieśń patriotyczną. Cały
dworzec zamarł wszyscy stoją bez ruchu na baczność. Prawdopodobnie grają hymn
państwowy. Przypomina to trochę flash mob. Stoimy chwilkę. Gdy skończyli grać i
dworzec wraca do życia, biegniemy do kasy. Chcemy bilet do Thakhek w Laosie tuż
po drugiej stronie granicznego Mekongu. W kasie chcą nasze paszporty. Za 75bat/os
(9zł) dostajemy bilety oraz formularze do wypełnienia na przejściu granicznym.
Kasjer wskazuje stanowisko nr 1 i wykrzykuje now! Idziemy do stanowiska.
Faktycznie stoi autobus, ale jest już komplet pasażerów. Na szczęście następny
jest za godzinę. Thakhek to popularny kierunek. Zajeżdża kolejny autobus. Obok
zatoczki ustawiono już niezłą ilość pakunków. Podjeżdżają jeszcze samochody z
kolejnymi pakunkami. Obsługa biega w koło autobusu otwiera coraz to nowe
zakamarki i upycha wory i kartony gdzie się da. Czyżbyśmy się mieli znów nie
zmieścić! Stajemy twardo przy bagażniku. W końcu nas zapakowali.
Autobus wolniutko toczy się w kierunku pobliskiego mostu
granicznego. Przed mostem staje i czeka, a wszyscy grzecznie wychodzą na
przejście podbić w paszporcie wyjazd z Tajlandii. Pan strażnik w okienku żąda
od nas papierka otrzymanego przy wjeździe na lotnisku. Niestety Aurelii gdzieś
zginął. Facet obsługuje innych, a my szukamy. Niestety mamy tylko mój. W końcu
wbił nam wyjazd na podstawie jednego kwitka i przykazał Aurelii żeby na drugi
raz pilnowała i nie gubiła. Wsiadamy do autobusu i przejeżdżamy przez most. Po
drugiej stronie granica Laotańska. Tu podobna akcja. Wszyscy wysiadają, a
autobus czeka. Tylko tu trzeba za 30$/os kupić wizę. Panowie wojskowi
przeglądają nasze paszporty i śmieją się z wizy kambodżańskiej u Aurelii.
Wydrukowała i wkleiła ją sama. Wracamy do autobusu i ruszamy do Thakheku. Na
dworcu w Tkhekhu jesteśmy po niecałej godzince jazdy. Pierwsze kroki kierujemy
do wc, a następnie zakupy jakieś bagietki, woda min, na końcu udaje się nam
dopaść panią, która robi kanapki takie same jak w Wietnamie bierzemy 2 szt z
jajkiem i warzywami koszt 1 szt 10000Kip (5zł).
A następnie idziemy do rikszarzy negocjować kwotę przejazdu
do Kampu. Wynegocjowaliśmy kwotę 120000Kip- 60zł.
Riksiarz odpalił motor i
pomknęliśmy po ok.20min szaleńczej jazdy byliśmy na miejscu w Green Climbers
Home.
pierwsza kawa i soki w naszej campowej cafe i studia nad nowym przewodnikiem koszt 135000 - 67,50zł








Całkiem fajny artykuł.
OdpowiedzUsuń