poniedziałek, 9 stycznia 2017

przejazd do Laosu



07-08.01.2017
Ostatni dzień w Mieście Aniołów (jedna z nazw Bangkoku) przed wyjazdem do Laosu. Autobus nocny kategorii VIP mamy 20:30 ale do 12 trzeba się wyczekałtować z pokoju. Ranek po śniadaniu upływa pod znakiem pakowania plecaków. Oddajemy główne bagaże na przechowanie w hotelowej przechowalni, a potem siedzimy przy stoliku w hotelowej restauracji pod gołym niebem. Przez Internet rezerwujemy hotel w pobliżu lotniska Don Muang w Bangkoku na dzień przylotu z Laosu. Odwiedziliśmy biuro tanich linii lotniczych AirAsia koło Kao San Road. Chcieliśmy oficjalnego potwierdzenia kupionych biletów na powrót z Laosu (dokładnie z przygranicznego Nakhom Phanom) bo choć zapłaciliśmy za nie kartą jeszcze w Polsce to nie dostaliśmy żadnego potwierdzenia i nie mieliśmy pewności czy nie zostaliśmy oszukani. Pani w biurze potraktowała nas bardzo miło i po 5min wyszliśmy z papierowym potwierdzeniem.
Rozmieniamy dolary na laotańskie kipy w jedynym kantorze w pobliżu, który prowadzi sprzedaż tej waluty. Kurs nie najgorszy. Chcę wymienić 50$ podałem jednak banknot 100$ ponieważ nie miałem drobniejszych, ale niestety odmówiono mi. Musiałem wymienić całe 100$. Dostałem 800.000 Kip w banknotach o różnych nominałach i to jeszcze napisanych z jednej strony dziwnymi znaczkami zamiast znanych cyfr. Po kilkuminutowej próbie przeliczenia odpuściłem. Wierzę, że mnie nie oszukali. Najpierw jemy obiad na naszej ulicy Soi Rambuttri po 50Bth -6zł za sztukę


  1.  kurczak słodko-kwaśny oraz ryż smażony z warzywami i kurczakiem ślinka leci

Poszliśmy na kawę i ciastko do jednej z klimatyzowanych kawiarń w stylu zachodnim, które położone są przy rogu ulic Phra Athit i Phra Sumen.


Na klimę trzeba bardzo uważać. Wczoraj zaczęło mnie nawet drapać w gardle. Na szczęści duża dawka vit C pomogła. Daje ona chwilę wytchnienia w upale, który dziś jest szczególnie odczuwalny pewnie przez podwyższoną wilgotność. Pocimy się jak szczury ;) które dziś widzieliśmy kilka razy w hotelowej restauracji. Przemykały pod ścianami tuż obok nóg nieświadomych klientów :).
Wracamy do hotelu, zabieramy bagaże i zdążamy w kierunku najbliższego przystanku na Phra Athit. Do dworca Mochit mamy zamiar dojechać autobusem miejskim nr 3. Jest dopiero 17, ale tania przeprawa może zabrać trochę czasu. Zaczyna się wzmożony ruch i korki. Powroty ze szkół i z pracy. Sporo ludzi na ulicach. Do przystanku podjeżdżają różne numery tylko nie nasz. Czają się też taxi przejeżdżając bardzo wolno przy przystanku.  Wiemy, że nie chcą jechać na licznik i życzą sobie 200bat (24zł) więc nie korzystamy. W końcu podjeżdża nr 3. Wskakujemy. Trafiliśmy na starszy model bez klimatyzacji za to z pootwieranymi na oścież oknami. Zauważyliśmy, że w takich autobusach nie pobierają opłat. Jedziemy za free. Aurelia siada na wolnym miejscu, a dookoła niej obstawiamy swoje plecaki. Problemem jest jedynie pęd powietrza uderzający w twarz zza okna. Chustka na głowę i daje radę :).


Po 45min jazdy, korek się wzmaga. Utknęliśmy na obrzeżach parku ChatuChak. To dzień weekendowy w tym czasie działa targ w parku, jeden z największych w Bangkoku. Wydaje nam się, że utknęliśmy na dobre. Mijają minuty, a my przesuwamy się po 5 metrów. 


W końcu przebrnęliśmy najgorszy fragment i z rajdową prędkością próbujemy nadrobić stracony czas . W końcu zajeżdżamy na Mochit jest już 18,40. Naszego autobusu długo jeszcze nie ma, czekamy grzecznie przy stanowisku 8, po 20 się pojawia nasz Vip Bus, który ma nazwę Vip wypisaną na szybie. Jakiś podstarzały ten nasz autobus i mówią nam, że to ten właśnie jedzie do Nakhom Phanom. Ładujemy bagaże do malutkiego bagażnika i wsiadamy. Autobus jest piętrowy. My mamy miejsca na parterze. Zasiadamy w super komfortowych fotelach. Jesteśmy jedynymi białymi. Przed naszymi twarzami jest 30” LCD, a nad głowami głośniki. Trochę przeraziła nas ta wizja, ale na szczęście całą trasę był wyłączony. Klima wieje na maksa, trochę ją skręcamy, przy czym jedna pani się już niepokoi, że grzebię przy regulacji klimy. Jak się okazało każdy współpasażer otrzymał koc (zafoliowany).


 Ruszamy o 20.50 po pół godz. dostajemy ciepłą kolację i paczuszkę z soczkiem, ciasteczkiem, kubeczkiem, porcją neski, nawet śmietanka i cukier! :) W autobusie jest czynne miniaturowe wc, ale korzystanie w warunkach jazdy polecam tylko desperatom ;)
Poubierani i opatuleni jedziemy nawet w miarę drzemiąc. Jedyne hałasy to dźwięk silnika oraz chelrchlająca, rzygająca i spluwająca baba za nami. 

08.01.2017 Nakhom Phanom. 
Dojechaliśmy ok. 7.50 od razu wchodzimy do budynku, a tu z głośników bardzo głośno nadają jakąś pieśń patriotyczną. Cały dworzec zamarł wszyscy stoją bez ruchu na baczność. Prawdopodobnie grają hymn państwowy. Przypomina to trochę flash mob. Stoimy chwilkę. Gdy skończyli grać i dworzec wraca do życia, biegniemy do kasy. Chcemy bilet do Thakhek w Laosie tuż po drugiej stronie granicznego Mekongu. W kasie chcą nasze paszporty. Za 75bat/os (9zł) dostajemy bilety oraz formularze do wypełnienia na przejściu granicznym. Kasjer wskazuje stanowisko nr 1 i wykrzykuje now! Idziemy do stanowiska. Faktycznie stoi autobus, ale jest już komplet pasażerów. Na szczęście następny jest za godzinę. Thakhek to popularny kierunek. Zajeżdża kolejny autobus. Obok zatoczki ustawiono już niezłą ilość pakunków. Podjeżdżają jeszcze samochody z kolejnymi pakunkami. Obsługa biega w koło autobusu otwiera coraz to nowe zakamarki i upycha wory i kartony gdzie się da. Czyżbyśmy się mieli znów nie zmieścić! Stajemy twardo przy bagażniku. W końcu nas zapakowali.


Autobus wolniutko toczy się w kierunku pobliskiego mostu granicznego. Przed mostem staje i czeka, a wszyscy grzecznie wychodzą na przejście podbić w paszporcie wyjazd z Tajlandii. Pan strażnik w okienku żąda od nas papierka otrzymanego przy wjeździe na lotnisku. Niestety Aurelii gdzieś zginął. Facet obsługuje innych, a my szukamy. Niestety mamy tylko mój. W końcu wbił nam wyjazd na podstawie jednego kwitka i przykazał Aurelii żeby na drugi raz pilnowała i nie gubiła. Wsiadamy do autobusu i przejeżdżamy przez most. Po drugiej stronie granica Laotańska. Tu podobna akcja. Wszyscy wysiadają, a autobus czeka. Tylko tu trzeba za 30$/os kupić wizę. Panowie wojskowi przeglądają nasze paszporty i śmieją się z wizy kambodżańskiej u Aurelii. Wydrukowała i wkleiła ją sama. Wracamy do autobusu i ruszamy do Thakheku. Na dworcu w Tkhekhu jesteśmy po niecałej godzince jazdy. Pierwsze kroki kierujemy do wc, a następnie zakupy jakieś bagietki, woda min, na końcu udaje się nam dopaść panią, która robi kanapki takie same jak w Wietnamie bierzemy 2 szt z jajkiem i warzywami koszt 1 szt 10000Kip (5zł).


A następnie idziemy do rikszarzy negocjować kwotę przejazdu do Kampu. Wynegocjowaliśmy kwotę 120000Kip- 60zł. 


Riksiarz odpalił motor i pomknęliśmy po ok.20min szaleńczej jazdy byliśmy na miejscu w Green Climbers Home.


pierwsza kawa i soki w naszej campowej cafe i studia nad nowym przewodnikiem koszt 135000 - 67,50zł

1 komentarz: